Od grudnia zapewne będę mieszkała gdzie indziej i OBY to było Bemowo bądź Wola, trzymajcie kciuki:) Oby też udało się to tak pogodzić, żebym mogła dalej mieszkać z ludźmi,z którymi mieszkałam dotąd. Bo ogólnie, do początku grudnia mamy się wyprowadzić. Wszyscy czworo. Z tegoż powodu humor mam taki sobie. Acz są też plusy. Od niedawna jestem w zespole ds. PRu Akademii Przyszłości i...
Notatki Pożeracza Książek
Notatki pożeracza książek cz. 3, czyli Salman Rushdie i "Ziemia pod jej stopami"
Ormus Kama, jeden z głównych bohaterów książki, o swojej ukochanej śpiewał:
She was my ground, my favorite sound, my country road, my city street, my sky above, my only love, and the ground beneath my feet.
Taaaak, przez ostatnie tygodnie nie czytałam właściwie nic innego.
Pochłonęła mnie totalnie.
To pierwsza książka Salmana Rushdiego, po którą sięgnęłam, zapewne nie ostatnia. Zaczęło się od słów kogoś, kogo cenię, że to dzieło. A ja nie mogę przyjmować jego opinii za swoje, nie chcę, bez przekonania się, co sama na ten temat sądzę. I tak oto przekonywałam się strona po stronie, przez wiele tygodni.
Niesamowity styl, fabuła skonstruowana tak, że zaskakiwała po wielokroć, a ile razy przyzwyczajałam się do płynnej fabuły, wydarzeń mało zaskakujących, autor robił siup i zaskoczenie pełne. Do tego to, co działo się na ostatnich 100 (z ponad 600) stronach książki, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.
Jestem po prostu zachwycona. Poniżej ciekawostka, link do piosenki o tym samym tytule, słowa autorstwa Salmana Rushdiego.
The ground beneath her feet- U2
She was my ground, my favorite sound, my country road, my city street, my sky above, my only love, and the ground beneath my feet.
Taaaak, przez ostatnie tygodnie nie czytałam właściwie nic innego.
Pochłonęła mnie totalnie.
To pierwsza książka Salmana Rushdiego, po którą sięgnęłam, zapewne nie ostatnia. Zaczęło się od słów kogoś, kogo cenię, że to dzieło. A ja nie mogę przyjmować jego opinii za swoje, nie chcę, bez przekonania się, co sama na ten temat sądzę. I tak oto przekonywałam się strona po stronie, przez wiele tygodni.
Niesamowity styl, fabuła skonstruowana tak, że zaskakiwała po wielokroć, a ile razy przyzwyczajałam się do płynnej fabuły, wydarzeń mało zaskakujących, autor robił siup i zaskoczenie pełne. Do tego to, co działo się na ostatnich 100 (z ponad 600) stronach książki, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.
Jestem po prostu zachwycona. Poniżej ciekawostka, link do piosenki o tym samym tytule, słowa autorstwa Salmana Rushdiego.
The ground beneath her feet- U2
I kilka cytatów:
"Zrozumieć to nie rozgrzeszyć".
"Między jestestwem własnym a cudzym, wizjonerem a psychopatą, między
kochankiem a jego miłością, między naziemien a podziemiem pada Cień".
"Rozum i wyobraźnia - i to światło, i to światło - nie współżyją w
pokoju. Dwa światła wielkiej mocy. Razem czy z osobna mogą oślepić.
Niektórzy widzą w ciemności. I to nieźle".
Za oknem sypie śnieg, wieje wiatr a na zasypanej śniegiem masce samochodu widocznego z mojego okna ktoś narysował ludka w charakterystycznej pozie i podpisał 'Opa Gangnam Style'. Humorystyczny akcent na początek dnia się przyda, tym bardziej, że ktoś mi wczoraj wybitnie humor zepsuł. Acz o tym kiedy indziej. Uległam w tym tygodniu totalnej fascynacji czymś, co znalazłam w Biedronce, jak się okazało, nie...
Zdjęcie zrobione wczoraj, kiedy to wyszłam na spacer po najbliższej okolicy, żeby zrobić kilka zdjęć jesieni a jednocześnie zrobić dla siebie coś pozytywnego. Pomogło :) Jesienne dni i ponure myśli z którymi walczę, którym się nie daję. Dużo, dużo pracy, ale atmosfera fajna. Post na blogu Moaa, wpisujący się idealnie w moje przemyślenia o przyszłości, o pracy w ogóle. Pomysł na książkę, który...
Lubię tutejszą atmosferę, przytłumione światło... Wszystko. BUW bywał moim azylem, przystanią, miejscem odwiedzanym gdzieś po drodze, czasem zatrzymywałam się tu na dłużej. Jako, że niedawno odnowiłam znajomość z nim, zakładając sobie konto czytelnika, postanowiłam tu wreszcie wpaść, pokopać w książkach o mieście w którym mieszkam, wszak czas ruszyć cztery litery i zająć się pewnym projektem... To mnie przekonuje, by się zmobilizować do działania,...
Głęboki oddech. Spojrzenie za okno. Łyk kawy z mlekiem z mojego optymistycznego, żółtego kubka.
Nie jest dobrze.
I nie piszę tego z powodu mgły za oknem.
Ostatnio miałam bardzo ambitne plany, by poczuć się lepiej we własnej skórze i ... nie do końca je realizuję.
Wyrzucam sobie, że dalej widzę przede wszystkim własne wady, że mój uśmiech jest jakby nieprawdziwy, chwilowy.
Na tą chwilę myślę, że dobrze zrobię, zajmując się kilkoma obszarami mojego życia: pracą (bardziej na przyszłość), tym, jak sama na siebie patrzę i... moimi relacjami z ludźmi, którzy się dla mnie liczą. o
A może po prostu, powinnam odpocząć. Może.
Z jednej strony, kiedy patrzę w przeszłość, widzę jakim odludkiem i samotnikiem byłam, jak reagowałam... Jeśli z tym porównam jak jest teraz... to o niebo lepiej sobie daję radę.
Tylko czasem... czegoś brak. Może zresztą chciałabym mieć zbyt wiele na raz? Czas być może 'odgruzować' niektóre części mojego życia, zanim zabiorę się za inne. A mimo takiego tłumaczenia sobie, czasem tak bardzo chciałabym się zakochać z wzajemnością...
Tymczasem, ktoś, kogo nazywam przyjacielem... raz blisko, raz zupełnie daleko, raz radość a raz czysta niechęć do niego. Mogłabym mu zadedykować słowa TEJ piosenki:
"Łączy nas wiele spraw
Jeszcze więcej dzieli
Być blisko siebie i wciąż
Nie tak jak byśmy chcieli
Dziś kręcimy się jak w karuzeli
A miało być jak dawniej
I znowu zły los
Zakręcił nami bezwładnie
Już dosyć, już stop
Niech wszechświat zatrzyma się
Na parę maleńkich chwil
Poznamy się jeszcze raz
Bogatsi o to co dziś już wiemy"
I wieczór z kimś zupełnie innym, park nocą a więc z zupełnie innej perspektywy, podziwianie gwiazd i nazywanie konstelacji ("Patrz, tam jest Kasjopea a obok?"), i rozmowy do późna przy herbacie, serio lubisz filmy Tarantino? serio nie czytałaś tego komiksu? serio jest już północ?...
Istne szaleństwo... Przez ostatni tydzień niemal cały czas zachwycałam się kolorami jesieni, coraz bardziej intensywnymi i wesołymi, nawet jeśli przychodziły deszczowe, szare dni. Udało mi się nawet uchwycić ich nieco i zrobić kilka zdjęć:) Zachwycił mnie dotyk ciepłej bluzy o kolorze rozbielonej żółci, którą nabyłam sobie w pewnym ciucholandzie za grosze, a może jeszcze bardziej ciemnofioletowej sukienki z czegoś ciepłego, puchatego i mięciutkiego,...
No właśnie, już Kochanowski podkreślał wagę "szlachetnego zdrowia", a jak jest teraz? Zastanawia mnie to, co ostatnio przeczytałam w książce wspomnianej niedawno Hope Edelman. Że kobiety, których matki zmarły przedwcześnie z powodu choroby, popadają często w jedną z dwu skrajności: albo stawiają na profilaktykę aż do przesady albo... zupełnie zaniedbują badania, dbanie o siebie, niekiedy wręcz balansują na granicy niebezpieczeństwa na wszelkie sposoby....
Jako, że wczorajsze przedpołudnie miałam wolne i do pracy szłam wieczorem, a poza tym mój nastrój hmmm.. zbyt pozytywny nie był- postanowiłam 'przeprosić się' z aparatem i zrobić sobie miły spacer na pobliski fort. Oto efekty: Tak oto udało mi się nieco poprawić sobie humor i dostrzec w tej jesieni coś więcej niż tylko chłód i przemijanie lata. ...
Zrobiło się już zupełnie jesiennie. I tak oto przeprosiłam się z moimi trochę cieplejszymi i zupełnie ciepłymi swetrami. Czyli wyciągnęłam je z szafy i odświeżyłam trochę. A że mam szczególne upodobanie do takich miłych w dotyku i chcę, żeby takie pozostały, za każdym razem piorę je ręcznie i do pralki wkładam tylko na płukanie i odwirowanie. Ten milutki i cieplutki dotyk: bezcenny! Swojego...
Są chwile, kiedy serdecznie mam dość samej siebie, zawalam własne postanowienia, nie robić nic, by zmienić na lepsze bieg pewnych spraw. A później marnie o sobie myślę, bo jak inaczej? Są chwile, kiedy jeden mail jest w stanie poprawić mi humor i przekonać do zmobilizowania się, do lepszego nastroju... W ostatnim czasie dość mocno odczuwam swoje wady i bardzo, bardzo mi zależy, by...
Książka "Córki, które zostają bez matki. Dziedzictwo straty" autorstwa Hope Edelman z jednej strony mocno mnie poruszyła a z drugiej... na każdym kroku znajdowałam w niej coś swojego, znów to uczucie, że ktoś dokładnie wie, co czuję, co myślę, jak zmieniło się moje życie - ktoś to wie, bo sam przeżył to samo, a co więcej, prowadził różnego rodzaju grupy wsparcia dla kobiet w podobnej sytuacji.
Bardzo brakowało mi matki, gdy nikogo z rodziny nie było przy tym, jak dostawałam dyplom ukończenia studiów. Brakowało mi jej, gdy dostawałam pierwszy awans i chciałam się podzielić tą nowiną z kimś, kto byłby ze mnie dumny. Brakowało mi jej, gdy urodziły sie moje dwie córki. Brakuje mi jej i teraz, gdy zapominam, co najlepiej użyć na użądlenie owadów, i gdy nikogo nie obchodzi, jak arogancka dla mnie była recepcjonistka w poczekalni na porodówce. To, czy by zechciała - gdyby żyła - zaopiekować się moim dzieckiem, albo czy wysłałaby mi waciki i roztwór cynku w wodzie wapiennej, jest bez znaczenia. Fakt, że nie mogę jej o to poprosić, sprawia, że wciąż na nowo za nią tęsknię. (s. 163)
Brzmi znajomo.. kiedy przychodzą chwile, że jestem gdzieś pomiędzy i chciałabym się Jej poradzić, zapytać, wygadać... I nawet nieważne, czy nasza rozmowa byłaby miła, czy byśmy się porozumiały... najbardziej boli, że jakakolwiek rozmowa jest niemożliwa.
Wydawać by się mogło, że to takie naturalne: rodzice odchodzą, każdy kiedyś umiera. Można by pomyśleć, że jeśli każdy kiedyś traci swoich rodziców, to pogodzenie się ze stratą jest... naturalne. Że przechodzi się okres żałoby a później życie jest takie jak zawsze. Nie jest.
Czytając tę książkę dopiero zrozumiałam, że nie tylko ja tak czuję, że nie tylko ja tęsknię, i nie tylko w moim sercu to zawsze będzie...
Nie pomyślałabym też, jak inaczej wpływa utrata mamy na dziecko, nastolatkę, młodą kobietę czy już dojrzałą...
Ktoś mnie ostatnio zapytał, co jest dla mnie największym wyzwaniem w dorosłym życiu. Nie musiałam długo myśleć: nauka z radzeniem sobie ze stratą i rozstaniem. Są dni, kiedy jestem w stanie podjąć ostateczną decyzję zerwania jakiejś znajomości lub rezygnacji z jakiegoś zajęcia, ufając w zasadność swojego rozumowania. Ale mam również dni, kiedy tak bardzo boję się uczucia porzucenia, że niemal wybucham płaczem, gdy zostawiam w żłobku radosną trzyletnią córeczkę, obawiając się, że będzie za mną tęsknić, a mnie przy niej zabraknie. Kiedy opiekunka pyta: Czy wszystko w porządku, wiem, że chodzi jej o mnie, a nie o córeczkę.
-Czasami jest mi tak ciężko ją zostawić- mówię.
Będzie jej tu dobrze- zapewnia z mądrością kogoś, przez czyje ręce od lat przechodzą setki dzieci.
Tak, przypuszczalnie ma rację. Córeczka nie będzie siedzieć skulona i zamarła w rogu sali, dlatego, że jej mama pojechała do pracy (i rzeczywiście, gdy idę do samochodu, widzę przez okno, jak bawi się z innymi dziećmi ciastoliną). Również mąż nie zostawi mnie z dnia na dzień bez zapowiedzi, bez wyjaśnień, a gardło boli mnie z powodu przeziębienia a nie raka przełyku. Wiem, że raczej wszystko będzie dobrze, ale dopóki nie zobaczę na to konkretnych dowodów, dopóki nie będę mieć całkowitej pewności, dopóty coś we mnie nieustannie obserwuje, czeka i opracowuje wymyślne, niepotrzebne plany. (s. 178)
Inną bajką jest poruszenie tematu podobieństwa do własnej mamy, tego, co czasem cieszy a częściej napawać może niepokojem:
Przeczytałam w jakimś czasopiśmie, że kobieta odczuwa pierwsze uszczypnięcie śmierci, gdy patrząc na siebie od tyłu w lustrze dostrzega pośladki swojej mamy. Czego zatem doświadcza kobieta- klapsa, a może kopniaka?- gdy, patrząc w lustro widzi jeszcze więcej? Ja widzę biodra, ręce i oczy mojej matki. Gdy mówię, słyszę jej głos a czasem wypowiadam nawet zdania, co do których zarzekałam się, że nigdy ich nie wypowiem w dorosłym życiu. Nie dzieli mnie już stąd wiele od wizyty któregoś popołudnia w gabinecie lekarskim, podczas której lekarz przypadkowo dotknie mojej pachy, wyczuje nabrzmiałe węzły chłonne i, poważniejąc z nagła spyta: "O, a to co?" To może się zdarzyć, wiem.
Autorka w poruszający sposób pisze o tym, jak na każdym kroku dotyka ją świadomość, że choć w dużym stopniu tak fizycznie jak psychicznie przypomina matkę, tak naprawdę jest wyjątkowa, i że ma zarówno cechy jej jak i swoje.
Ale już zupełnie rozłożyło mnie na łopatki to, co Hope Edelman napisała o tym, jak odejście kogoś tak bliskiego jak mama w czasie kiedy zupełnie nie jesteśmy na to przygotowani (zresztą.... czy kiedykolwiek można się przygotować na coś takiego? myślę, że nie...) wpływa na nasze relacje, związki, wybór partnerów.... na przyjaźnie z innymi kobietami. Czytając to, tylko co jakiś czas myślałam... no tak, to TEŻ! Niemalże wszystko brzmiało znajomo.
Zaciekawiła mnie wzmianka o tym, że wśród osób, które wcześnie straciły mamę, jest duży odsetek ludzi, którzy stali się później wybitni jak choćby Michał Anioł, Immanuel Kant, Joseph Conrad, Charlotte, Emily i Anne Bronte. Co ciekawe, w tej samej grupie równie dużo można odnaleźć młodocianych przestępców i więźniów. Zatem i tak wszystko zależy od tego, jakie się ma predyspozycje...
Zastanawia mnie też inne zagadnienie. Wydawać by się mogło, że córka, której matka zmarła w wyniku poważnej, nieuleczalnej choroby, już zawsze będzie bardziej dbać o swoje zdrowie. A jeśli to nieprawda? Z badań autorki wynika, że duża grupa dba o siebie na wyrost, robi badania i stara się, by zniwelować ryzyko, a jednocześnie równie duża grupa unika jakichkolwiek badań, łudząc się, że 'nie wykryją u mnie raka bo jeśli nie robię badań, to jak mogliby wykryć'? To akurat temat na innego posta, niebawem.
A jednak, patrząc na ten dość smutny temat, przychodzą mi do głowy zgoła inne słowa. O tym, że nieważne jakie doświadczenia sprawiły, że jestem taka, jaka jestem, zapewne bez nich nie byłabym taką właśnie a nie inną osobą. Może gdyby moja mama żyła, w jakimś momencie życia czułabym się szczęśliwsza, na pewno jednak nie byłabym taką osobą, jaką jestem. Nie chcę gdybać. Nie chcę się zastanawiać, co by było, gdyby żyła dłużej. Na pewno zawsze będzie mi jej brakować, jednak moją tożsamość budował zarówno ten czas, jaki spędziłyśmy razem, jak i czas od jej śmierci. I nie chcę się już zastanawiać, co bardziej.
Córki, które zostały bez matki wypełniają ogromną księgarską lukę. Żadna dotychczasowa publikacja nie podejmowała tematu śmierci w tak osobisty sposób. Nic w tym jednak dziwnego, skoro autorka sama od lat boryka się z tym problemem. Hope Edelman straciła matkę mając siedemnaście lat. Nie otrzymała wówczas żadnej pomocy, nikt nie powiedział jej jak ma sobie poradzić z tak niewyobrażalną tragedią. Mimo, iż sama jest teraz matką, ma rodzinę i poukładane życie, to nadal czuje tęsknotę i ból. O tym też jest jej książka – to historia niekończącej się żałoby, jaką nosi w sobie córka po stracie matki. Kobiety niestety najczęściej zostają z tym nieszczęściem same. Gniew jaki w nich wzbiera przez lata, znajduje często ujście w prozaicznych sytuacjach: na zakupach, w urzędzie, podczas świąt... Utrata matki, zwłaszcza w okresie dojrzewania i wchodzenia w dorosłość, jest najgorszą rzeczą, jaka może się przydarzyć.
źródło: http://www.udziewczyn.pl/54,9968,Artykul,Hope_Edelman_Corki_ktore_zostaly_bez_matki.aspx
Na górze, w zakładkach, dodałam "Matka-córka", stronę, gdzie będę umieszczać tytuły pokrewne do tej książki, poruszające bliską mi tematykę relacji między matką a córką i ich przedwczesnego zerwania. Myślę, że warto.
edit 8.08.2015:
Utworzyłam forum dla kobiet, które chciałyby pogadać z kimś o podobnych doświadczeniach. Niniejszym zapraszam Was ciepło TUTAJ.
Zaczęło się od bloga Happyholic. Przeglądając go, wpadłam na ideę Słoika Sukcesów. Jest to słoik, do którego wrzuca się zapisane na małych karteczkach rzeczy, z których jesteśmy dumni. Coś, co nazwać można sukcesem dla nas, nieważne czy ktoś inny uznałby to za sukces. Ważne, że my tak to traktujemy. Dziś do mojego Słoika sukcesów dołączyły dwie kartki :) Tym samym jest ich cztery...
W sumie... mogłam się tego spodziewać. Mówiąc E., że rezygnuję z naszej współpracy w ramach wolontariatu, nawet proponując coś, co ma moją decyzję uczynić lżejszą do zniesienia, powinnam była założyć, że się na mnie wkurzy, obrazi i zerwie kontakt jakikolwiek. Piszę o tym, bo tak właśnie zareagowała. Przynajmniej ja tak to odbieram.
Nie było mi i nie jest łatwo. Myślałam o rezygnacji od jakiegoś czasu, jednak wmawiałam sobie, że dam radę, że pogodzę wszystko, że będzie OK. Do czasu, kiedy chyba mnie cała sytuacja przerosła i do tego pojawiła się tęsknota za ludźmi z mojego dotychczasowego zespołu, za poczuciem bezpieczeństwa związanym z naszym liderem i w ogóle.
Po tym, jak przyznałam się, że rezygnuję, dopadły mnie myśli, że może nie powinnam, może dobrze było już dawno porozmawiać, może powinnam zostać mimo wszystko. Za dużo tych "może". Chyba powinnam pozostać przy tym, co powiedział o tym Pan Kot: żebym robiła to, co sprawia mi frajdę, z ludźmi z którymi się dobrze czuję, w końcu to wolontariat, jeśli mam się do czegoś zmuszać, to jakby zaprzeczenie idei...
Gryzie mnie to milczenie E. Rzekłabym, że kamienne. Dla niej najwyraźniej moja rezygnacja jest równoznaczna z odrzuceniem jej jako osoby, z zerwaniem naszej znajomości. Dla mnie nie jest. Nie rzucam wszystkiego w ramach kaprysu i wiem, że stawiam ją w głupiej sytuacji a jeśli chcę to choćby odrobinę zrównoważyć, oferując pomoc, wsparcie a odpowiada mi wymowne milczenie, czuję się głupio. Idiotycznie.
Gdyby między mną a moim liderem było inaczej, obawiałabym się, co on może o mnie od E. usłyszeć negatywnego i czy to nie sprawi, że może mnie zacząć dziwnie traktować. Wszak swojego czasu byłyśmy ze sobą w miarę blisko i... rozmawiałyśmy szczerze. A przecież pamiętam swój dołek gigantyczny bo A. tak się przejął czyimś gadaniem o mnie, że zażyczył sobie dostępu do mojego bloga, bo podobno stawiałam go złym świetle, pisząc o nim niestworzone rzeczy i podpisując się pod tym własnym imieniem i nazwiskiem. Do dziś pamiętam swoje rozżalenie i to, jak bolała świadomość, że wystarczyło kilka słów osoby, która zapewne mnie nie zna zbyt dobrze, by człowiek, którego nazywałam przyjacielem zaczął mnie podejrzewać o różne paskudne rzeczy i zapragnął poczytać mojego bloga by to osobiście sprawdzić.
A tymczasem... czuję się naprawdę bezpiecznie. Bo wszystko to, co mogłoby na mnie rzucić negatywne światło, M. wie ode mnie. Poza tym wiem, bo sprawdziłam po wielokroć, że jego stosunek do mnie nie zmieni się diametralnie pod wpływem kilku słów, nieważne czy moich czy kogoś innego, jednego @ czy smsa. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa, że nie zostanę skreślona tak ot...
...po prostu ja przyjmuję ludzi takimi jacy są, a nie jakimi chcieliby być. mało mnie też obchodzi ich przeszłość, no bo to jest już coś co się nie zmieni. bardziej interesuje mnie to czy chcą spojrzeć w przyszłość,
stawić jej czoła i iść mimo nieznanych przeszkód, dlatego też opowieści o przeszłości po prostu przyjmuję do wiadomości. a niby co innego mam robić? użalać się? zwykle ludziom nie o to chodzi...
Idę toczyć potyczki z katarem, ehhhh.
Nie było mi i nie jest łatwo. Myślałam o rezygnacji od jakiegoś czasu, jednak wmawiałam sobie, że dam radę, że pogodzę wszystko, że będzie OK. Do czasu, kiedy chyba mnie cała sytuacja przerosła i do tego pojawiła się tęsknota za ludźmi z mojego dotychczasowego zespołu, za poczuciem bezpieczeństwa związanym z naszym liderem i w ogóle.
Po tym, jak przyznałam się, że rezygnuję, dopadły mnie myśli, że może nie powinnam, może dobrze było już dawno porozmawiać, może powinnam zostać mimo wszystko. Za dużo tych "może". Chyba powinnam pozostać przy tym, co powiedział o tym Pan Kot: żebym robiła to, co sprawia mi frajdę, z ludźmi z którymi się dobrze czuję, w końcu to wolontariat, jeśli mam się do czegoś zmuszać, to jakby zaprzeczenie idei...
Gryzie mnie to milczenie E. Rzekłabym, że kamienne. Dla niej najwyraźniej moja rezygnacja jest równoznaczna z odrzuceniem jej jako osoby, z zerwaniem naszej znajomości. Dla mnie nie jest. Nie rzucam wszystkiego w ramach kaprysu i wiem, że stawiam ją w głupiej sytuacji a jeśli chcę to choćby odrobinę zrównoważyć, oferując pomoc, wsparcie a odpowiada mi wymowne milczenie, czuję się głupio. Idiotycznie.
Gdyby między mną a moim liderem było inaczej, obawiałabym się, co on może o mnie od E. usłyszeć negatywnego i czy to nie sprawi, że może mnie zacząć dziwnie traktować. Wszak swojego czasu byłyśmy ze sobą w miarę blisko i... rozmawiałyśmy szczerze. A przecież pamiętam swój dołek gigantyczny bo A. tak się przejął czyimś gadaniem o mnie, że zażyczył sobie dostępu do mojego bloga, bo podobno stawiałam go złym świetle, pisząc o nim niestworzone rzeczy i podpisując się pod tym własnym imieniem i nazwiskiem. Do dziś pamiętam swoje rozżalenie i to, jak bolała świadomość, że wystarczyło kilka słów osoby, która zapewne mnie nie zna zbyt dobrze, by człowiek, którego nazywałam przyjacielem zaczął mnie podejrzewać o różne paskudne rzeczy i zapragnął poczytać mojego bloga by to osobiście sprawdzić.
A tymczasem... czuję się naprawdę bezpiecznie. Bo wszystko to, co mogłoby na mnie rzucić negatywne światło, M. wie ode mnie. Poza tym wiem, bo sprawdziłam po wielokroć, że jego stosunek do mnie nie zmieni się diametralnie pod wpływem kilku słów, nieważne czy moich czy kogoś innego, jednego @ czy smsa. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa, że nie zostanę skreślona tak ot...
...po prostu ja przyjmuję ludzi takimi jacy są, a nie jakimi chcieliby być. mało mnie też obchodzi ich przeszłość, no bo to jest już coś co się nie zmieni. bardziej interesuje mnie to czy chcą spojrzeć w przyszłość,
stawić jej czoła i iść mimo nieznanych przeszkód, dlatego też opowieści o przeszłości po prostu przyjmuję do wiadomości. a niby co innego mam robić? użalać się? zwykle ludziom nie o to chodzi...
Idę toczyć potyczki z katarem, ehhhh.
Pomysł na Zmysłowe Soboty zrodził się po części z inspiracji z innych blogów a po części... Jak zwykle w takich przypadkach chodzi o coś, z czym chciałabym, żeby było u mnie lepiej ;) Czasem 'bujam sobie' gdzieś w fantazjach, w wyobraźni i czuję to tak, jakby nie było mnie w chwili obecnej.Chcę się poczuć bardziej 'zakorzeniona' w mojej rzeczywistości. Poza tym chciałabym cieszyć...
Jak ja sama siebie czasem wkurzam, to tylko ja wiem w pełni :) Wczorajszy dzień gdzieś na poziomie 'dno i dwa metry mułu', poczucie, że jestem jak ten biedny żuczek, który się przewrócił i mozolnie próbuje wrócić do normalnej pozycji i nijak mu to nie wychodzi... (Mimo, że powalczyła ze swoim nieogarnięciem i kilka rzeczy pozałatwiałam, a nawet co ciekawe umówiłam się do...
Będę dziś trochę marudzić... Mam dosyć podły humor ostatnimi czasy. Z małymi wyjątkami takimi jak przygotowania do Maratonu i sam Maraton. Miłe chwile ze znajomymi. Rozmowy z kimś, kto powolutku staje się moim przyjacielem. Pozytywnie a ja co i rusz wpadam w dół. Gorzej, że 'obrywa się' tym, którzy niewinni, że plotę głupstwa, mówię bliskim ludiom przykre rzeczy, których później żałuję... I pracuję...