O Cmentarzysku Zapomnianych Książek 2011 pisałam tutaj: http://margerytkowo.blogspot.com/2011/11/cmentarzysko-zapomnianych-ksiazek-2011.html Namawiana przez moją siostrę i Koszkę, skusiłam się na pójście tam drugi raz, po ponad dwóch miesiącach. I? Co prawda tym razem było o wiele mniej nowości i "perełek" ale i tak uważam, że warto było tam pójść... Znalazłam sporo ciekawych książek. Tym razem z Koszką wybierałyśmy książki do jednej torby a moja siostra do...
Szukam swojego uśmiechu w przyniesionych dziś do domu książkach. Uśmiecham się przelotnie, bo dostałam miłego esemesa od Królewicza, a na całego uśmiechałam się, kopiąc po uszy w książkach na Cmentarzysku Zapomnianych Książek... No i jak tu się nie uśmiechać, kiedy jednocześnie piszę na 'czacie' z pewnym sympatycznym Królewiczem, piłam pycha herbatę a w pobliżu plątał się pręgowany futrzaczek, dopraszający się o głaskanie i...
Widocznie było mi potrzeba takich ciekawych zmian:) Trochę poczytałam, trochę popisałam, na trochę zniknęłam, przewróciłam to i owo do góry nogami i wróciłam:) W zakładkach kilka nowości, bardziej o mnie i o tym, co lubię, trochę mnie Olimpia zainspirowała swoim wymienianiem na blogu ulubionych książek:) Poza tym, przypomniałam sobie, czemu właściwie założyłam tego bloga na przełomie marce i kwietnia 2011 roku i planuję...
Wczoraj pisałam, że pragnę słońca i dziś owszem, świeci:) Cieszę się, bo od razu jakoś pozytywniej się zrobiło:) Chyba pójdę dziś na mały spacer, i myślę, że to mi jeszcze bardziej poprawi humor. Może zrobię kilka zdjęć? Na razie zostało mi kilka rzeczy do zrobienia, ale dam radę:) Będzie jeszcze pozytywnie:) ...
Czasami się nad tym zastanawiam... Chcę, żeby było tu więcej mnie ale w inny sposób niż dotąd. **** Chcę już wiosny i słońca. Ta pogoda za oknem mnie przygnębia. Chociaż o tyle fajnie, że w mojej dzielnicy jest biało i śnieżnie, kiedy pojadę np. do Śródmieścia, tam prawie zawsze jest śnieżna, wodnista paciaja,a nie śnieg. ...
Istne szaleństwo. Pokusiłam się wczoraj na ugotowanie krupniku (co już nieraz mi się zdarzało) i upieczenie szarlotki (czego nie dokonywałam jeszcze w żadnym z wynajmowanych mieszkań:) Efekt? Całkiem, całkiem. Zwlekam z podzieleniem się moim nowym, blogowym "dzieckiem", ciągle jeszcze chcę coś poprawiać i ciągle niepewna jestem... Wpadła mi w ręce przy okazji pisania artykułu na zamówienie ciekawa książka. Tradycyjnie o powiązaniu między emocjami...
... że ten tydzień się kończy. Jak się zaczęło... psuć od poczatku tygodnia, tak skończyć się nie mogło nawet na wczoraj. Zahaczyło o dziś. Jutro mi się marzy spokój. Pominę już potyczki z pewnym portalem, wspomnę za to o atrakcjach w stylu: ojjjej, mój laptop się wyłączył i nie startuje. Przez myśl mi przemknęły niezapisane zakładki ze stronami potrzebnymi mi do artykułów, zakończenie...
Nie miałam ochoty wychodzić wczoraj wieczorem. Już widziałam oczyma wyobraźni, jak dziobię te teksty, które mają przekonać moich ewentualnych pracodawców, żeby zamawiali u mnie teksty i jeszcze mi za nie płacili. Do tego jeszcze przeglądanie jakichś dorywczych prac, czytanie i takie tam. Moja współloktorka dostała bilety na koncert Zakopowera na Torwarze. Tak się złożyło, że miała już pójść sama... Z jednej strony lubię...
Pogadałam z kilkoma ludkami na temat mojego pisania. Chyba chcę zmian. Nie będę ukrywać, że trochę mnie cała ta dziwna sytuacja podłamała, ale niekoniecznie z tego powodu, że ktoś o mnie nagadał głupot. To coś trochę innego, myślałam, że pewien temat już jest dla mnie zamknięty, że "pozamiatane i sprzątnięte", ale jak widać, nie. Temat ożył, a ja na nowo chcę sobie wyrobić...
Zastanawiałam się wczoraj, czy przestać tutaj pisać, czy może jednak lepiej skasować część notek, szczególnie tych starych, czy może lepiej zablokować dostęp dla wszystkich, a dać możliwość czytania tylko kilku osobom. Dlaczego? Dowiedziałam się wczoraj, że komuś bardzo zależy na tym, żeby używając mnie i tego co piszę, dowalić komuś mi bliskiemu. Zapewne, żeby mi dowalić, też. Mój przyjaciel usłyszał, że "stawiam go...
Nie powiem, że sama do tego doszłam. Jakiś czas temu ktoś mi napisał w odpowiedzi na mój komentarz: Nie chcę się wymądrzać, ale te relacje z "przyszywaną" mamą i córką mogą spowodować samo dobro. To coś, czego nie zdążyło się dać biologicznej mamie czy córce, może chociaż w nowej formie zacznie przynosić korzyści. Nie tak dawno skłonna bym była powiedzieć, że jeśli o...
Nie będę ukrywała, że panikowałam. Nie co dzień rozmawiam z kimś niemal mi nieznanym o takich rzeczach jak podobieństwo do pewnego faceta z mojej przeszłości. Rzadko też zdarza mi się oznajmiać ni stąd ni zowąd, że nie znoszę świąt i że "nie mam mamy". Sytuacja kiedy mówię "A czy jak Ci powiem, że mi się podobasz" też nie zmienisz o mnie zdania?" zdarzyła...
Wściekłam się. Zwyczajnie się wściekłam. Zaczęło się niewinnie, od szukania pracy. Nauczona doświadczeniem mogę napisać, jaki powinien być idealny pracownik. Nieważne jakiej firmy. Więc: Mieć status studenta (bo wtedy są ulgi dla pracodawcy) ale najlepiej, żeby prawie nie miał zajęć, jeśli już to w weekendy (ale najlepiej w ogóle) Jeśli chce dostać pracę to powinien czekać na telefon i jeśli pracodawca zadzwoni i...
Czasem chyba potrzebne są takie noce jak wczorajsza: przepłakane, złe i smutne, żeby później przyszły sny dobre i podnoszące na duchu, o podróży dziwnym pociągiem na drugi koniec Polski i przytuleniu przez osobę tak dla mnie ważną. Choćby po to potrzebne, by się podnieść i uznać, że złe, ponure chwile przyjdą i tak, przyjdzie zwątpienie, złość na siebie... a nieważne jest to, że takie chwile się pojawią a to, jak sobie z tym poradzę że są. Bo przecież sobie poradzę.
"Zniknąd" minęło już 12 dni pracy nad sobą, trzynasty właśnie trwa. Czyli mogę powiedzieć, że akurat to postanowienie nie-noworoczne wypełniam, może nie w takim stopniu, jak bym chciała, ale... ale myślę, że warto nawet po kawałeczku budować swój świat tak, jak chcę, żeby wyglądał.
I ten sen ciągle nie daje mi spokoju...
Byłam na jakiejś małej stacji. Małe miasteczko, stacja stareńka i trochę zapomniana jakby. Chociaż ludzi było na niej trochę. W odpowiedzi na moje pragnienie udania się na drugi koniec Polski, konduktor (starszy pan) zaprowadził mnie do pociągu. Musiałam przejść pod szlabanem przez który przechodzili tylko ci, którzy szli na ten pociąg. To było tak, jakbym jechała znikąd dokądś. Stąd pociąg odjeżdżał. Tutaj kończyły się (lub zaczynały, zależy jak na to spojrzeć) tory.
Pociąg był mniejszy niż najkrótszy, zwykły autobus. Nowoczesny. Czysty. Jasnoszary. Nikogo w nim nie było.
-Mam TYM jechać?- spytałam. -Ale tu nikogo nie ma.
-Widocznie będziesz jechała sama.
Zastanowiłam się, czy pociąg będzie jechał sam, bo przecież nie umiem kierować pociągami. Kiedy o tym pomyślałam, pociąg ruszył, przyspieszał kiedy martwiłam się, że nie zdążę.
Jakiś czas później wysiadłam na stacji na drugim końcu Polski i przytuliłam się do K.
Pamiętam tylko, że bałam się, że nie mogę zostać zbyt długo, że muszę zdążyć wrócić...
"Zniknąd" minęło już 12 dni pracy nad sobą, trzynasty właśnie trwa. Czyli mogę powiedzieć, że akurat to postanowienie nie-noworoczne wypełniam, może nie w takim stopniu, jak bym chciała, ale... ale myślę, że warto nawet po kawałeczku budować swój świat tak, jak chcę, żeby wyglądał.
I ten sen ciągle nie daje mi spokoju...
Byłam na jakiejś małej stacji. Małe miasteczko, stacja stareńka i trochę zapomniana jakby. Chociaż ludzi było na niej trochę. W odpowiedzi na moje pragnienie udania się na drugi koniec Polski, konduktor (starszy pan) zaprowadził mnie do pociągu. Musiałam przejść pod szlabanem przez który przechodzili tylko ci, którzy szli na ten pociąg. To było tak, jakbym jechała znikąd dokądś. Stąd pociąg odjeżdżał. Tutaj kończyły się (lub zaczynały, zależy jak na to spojrzeć) tory.
Pociąg był mniejszy niż najkrótszy, zwykły autobus. Nowoczesny. Czysty. Jasnoszary. Nikogo w nim nie było.
-Mam TYM jechać?- spytałam. -Ale tu nikogo nie ma.
-Widocznie będziesz jechała sama.
Zastanowiłam się, czy pociąg będzie jechał sam, bo przecież nie umiem kierować pociągami. Kiedy o tym pomyślałam, pociąg ruszył, przyspieszał kiedy martwiłam się, że nie zdążę.
Jakiś czas później wysiadłam na stacji na drugim końcu Polski i przytuliłam się do K.
Pamiętam tylko, że bałam się, że nie mogę zostać zbyt długo, że muszę zdążyć wrócić...
Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE MicrosoftInternetExplorer4 Continue Reading
Wspomnienia... Ostatnio coraz częściej na Waszych blogach czytam wspomnienia, które i mnie poruszają...
I mi nie daje spokoju garstka wspomnień które chcę opisać, za trochę. Pytania, które proszą się wręcz o zadanie a ja nie mam na to odwagi w tej chwili. Jeszcze.
A z drugiej strony... przecież zdaję sobie sprawę, że to przecież tylko przeszłość. Nawet te złe wspomnienia są już przeszłością. Czy naprawdę to, co było wyborem moich rodziców ma aż takie znaczenie i mówi cokolwiek o mnie samej?
Sama siebie chwilami irytuję tym, że za wszelką cenę nieraz chcę zachować dystans, chowam się "w skorupce", mówię że nic nie czuję, że jest jakiś dystans, którego nie umiem przełamać. A tymczasem wystarczy czasem kilka słów, jakiś gest by było cieplej... I przecież tego naprawdę chcę: bliskości. Ciepła.
A jeśli będę się ciągle "jeżyć", nawet tylko w myślach, uciekać... wiem dobrze, że "to się czuje" a przecież chcę, żeby było pozytywnie.
Mówię sobie, że to ta pogoda, że szarość za oknem i brak słońca, potyczki z pracą i pisanie magisterki... i te wszystkie drobiazgi jak szpileczki, które razem doprowadzają do płaczu czasem, choć w pojedynkę to tak niewiele.
Minie. Będzie dobrze.
I mi nie daje spokoju garstka wspomnień które chcę opisać, za trochę. Pytania, które proszą się wręcz o zadanie a ja nie mam na to odwagi w tej chwili. Jeszcze.
A z drugiej strony... przecież zdaję sobie sprawę, że to przecież tylko przeszłość. Nawet te złe wspomnienia są już przeszłością. Czy naprawdę to, co było wyborem moich rodziców ma aż takie znaczenie i mówi cokolwiek o mnie samej?
Sama siebie chwilami irytuję tym, że za wszelką cenę nieraz chcę zachować dystans, chowam się "w skorupce", mówię że nic nie czuję, że jest jakiś dystans, którego nie umiem przełamać. A tymczasem wystarczy czasem kilka słów, jakiś gest by było cieplej... I przecież tego naprawdę chcę: bliskości. Ciepła.
A jeśli będę się ciągle "jeżyć", nawet tylko w myślach, uciekać... wiem dobrze, że "to się czuje" a przecież chcę, żeby było pozytywnie.
Mówię sobie, że to ta pogoda, że szarość za oknem i brak słońca, potyczki z pracą i pisanie magisterki... i te wszystkie drobiazgi jak szpileczki, które razem doprowadzają do płaczu czasem, choć w pojedynkę to tak niewiele.
Minie. Będzie dobrze.
Będę dziś marudna, od razu uprzedzam.
Od wczorajszego wieczoru opiekuję się całym tym naszym kocim towarzystwem. Od wczorajszego wieczoru stłukła się trzecia szklana rzecz w naszym mieszkaniu... tą trzecią stłukłam ja. Poza tym futrzaste są milusie i sympatyczne.
Za to ja dziś się pobeczałam siedząc na łóżku z laptopem i pisząc zakończenie pracy magisterskiej. Nie z powodu kotów bynajmniej. Za całokształt. Za to, że nie mogę się zmobilizować, żeby wykonać pewien telefon. W związku z tym poprosiłam M. o opieprz, o zrobienie czegokolwiek. Prośby o nakopanie odrzucił jako "złamanie praw gwarantowanych przez konstytucję" i tak sobie zaczęliśmy miło pisać. Między moim jednym a drugim wybuchem płaczu, między moim jednym napisaniem kilku zdań na klawiaturze a drugim. Koniec końców coś tam naskrobałam, jutro poprawię. A po wymianie smsów trochę poprawił mi się humor. Przypomniałam sobie słowa na temat tego, czemu M. stwierdził, że chce, żebym była w naszym zespole. Bo sprawiam wrażenie kogoś, kto nie boi się pracować nad sobą. No to się wzięłam za pracę, owszem.
Swoją drogą od wczoraj testuję jak na mnie działają techniki planowania czasu dla chaotycznych ludzi. W sam raz dla mnie, bo wszak moje życie to chaos totalny i oby się to zmieniło. Zobaczymy co z tego wyniknie.
A swoją drogą wbijanie sobie do głowy pozytywnych poglądów i dbanie o moją samoocenę... powolutku... kroczek po kroczku... wypełniam swoje postanowienia.
Przeraża mnie czasem jak bardzo zakłamać mogą rzeczywistość nasze własne strachy w głowie, to, co zostało po złych doświadczeniach, po tym, jak ktoś zranił, źle potraktował... Później jest OK, a człowiek widzi negatywne nastawienie, nawet niechęć, wszystko to, co negatywne... bo chce to widzieć, bo do tego przywykł... bo trudno mu uwierzyć, że może być inaczej.
I jak dziwnie, kiedy człowiek widzi to, co negatywne, a później... przychodzi taka chwila, kiedy zdaje sobie sprawę, że się mylił, że nie otacza go chłód i samotność, wręcz przeciwnie. Tak się właśnie czuję teraz.
Dotarł do mnie jakiś dźwięk z sypialni Zoe. (...) Była to zebra. Wypchana zebra, przysłana przez rodziców Denny'ego. Żywa teraz zebra nie odezwała się do mnie ani jednym słowem, ale na mój widok zaczęła tańczyć. Rozzłościło mnie to mocno i warknąłem na nią, ale ta uśmiechnęła się i nie zaprzestała ataków. (...) Ale zanim dopadłem opętaną zebrę, ta przestała tańczyć i stanęła przede mną na tylnich nogach. a przednimi rozdarła szew na brzuchu. Swój szew! Rozdzierała go tak długo, aż mogla wyrwać sobie wnętrzności. Szew po szwie, garść po garści, rozkładała siebie na czynniki pierwsze, aż wreszcie pozbyła się nawet demonicznej krwi, dzięki której ożyła, po czym na podłodze pozostał stos materiału i tego, czym ja wypchano; słychać było bicie serca wyrwanego z piersi, powolne, coraz powolniejsze, a potem zrobiło się cicho.
(...)
Nagle zrozumiałem. Zebra. Nie poza nami. W nas samych. To nasze lęki. Nasza autodestrukcyjna natura. Zebra jest tym, co najgorsze w nas, kiedy przeżywamy straszniejsze chwile. Demon to my sami.
Stein Garth "Sztuka ścigania się w deszczu"
Od wczorajszego wieczoru opiekuję się całym tym naszym kocim towarzystwem. Od wczorajszego wieczoru stłukła się trzecia szklana rzecz w naszym mieszkaniu... tą trzecią stłukłam ja. Poza tym futrzaste są milusie i sympatyczne.
Za to ja dziś się pobeczałam siedząc na łóżku z laptopem i pisząc zakończenie pracy magisterskiej. Nie z powodu kotów bynajmniej. Za całokształt. Za to, że nie mogę się zmobilizować, żeby wykonać pewien telefon. W związku z tym poprosiłam M. o opieprz, o zrobienie czegokolwiek. Prośby o nakopanie odrzucił jako "złamanie praw gwarantowanych przez konstytucję" i tak sobie zaczęliśmy miło pisać. Między moim jednym a drugim wybuchem płaczu, między moim jednym napisaniem kilku zdań na klawiaturze a drugim. Koniec końców coś tam naskrobałam, jutro poprawię. A po wymianie smsów trochę poprawił mi się humor. Przypomniałam sobie słowa na temat tego, czemu M. stwierdził, że chce, żebym była w naszym zespole. Bo sprawiam wrażenie kogoś, kto nie boi się pracować nad sobą. No to się wzięłam za pracę, owszem.
Swoją drogą od wczoraj testuję jak na mnie działają techniki planowania czasu dla chaotycznych ludzi. W sam raz dla mnie, bo wszak moje życie to chaos totalny i oby się to zmieniło. Zobaczymy co z tego wyniknie.
A swoją drogą wbijanie sobie do głowy pozytywnych poglądów i dbanie o moją samoocenę... powolutku... kroczek po kroczku... wypełniam swoje postanowienia.
Przeraża mnie czasem jak bardzo zakłamać mogą rzeczywistość nasze własne strachy w głowie, to, co zostało po złych doświadczeniach, po tym, jak ktoś zranił, źle potraktował... Później jest OK, a człowiek widzi negatywne nastawienie, nawet niechęć, wszystko to, co negatywne... bo chce to widzieć, bo do tego przywykł... bo trudno mu uwierzyć, że może być inaczej.
I jak dziwnie, kiedy człowiek widzi to, co negatywne, a później... przychodzi taka chwila, kiedy zdaje sobie sprawę, że się mylił, że nie otacza go chłód i samotność, wręcz przeciwnie. Tak się właśnie czuję teraz.
Dotarł do mnie jakiś dźwięk z sypialni Zoe. (...) Była to zebra. Wypchana zebra, przysłana przez rodziców Denny'ego. Żywa teraz zebra nie odezwała się do mnie ani jednym słowem, ale na mój widok zaczęła tańczyć. Rozzłościło mnie to mocno i warknąłem na nią, ale ta uśmiechnęła się i nie zaprzestała ataków. (...) Ale zanim dopadłem opętaną zebrę, ta przestała tańczyć i stanęła przede mną na tylnich nogach. a przednimi rozdarła szew na brzuchu. Swój szew! Rozdzierała go tak długo, aż mogla wyrwać sobie wnętrzności. Szew po szwie, garść po garści, rozkładała siebie na czynniki pierwsze, aż wreszcie pozbyła się nawet demonicznej krwi, dzięki której ożyła, po czym na podłodze pozostał stos materiału i tego, czym ja wypchano; słychać było bicie serca wyrwanego z piersi, powolne, coraz powolniejsze, a potem zrobiło się cicho.
(...)
Nagle zrozumiałem. Zebra. Nie poza nami. W nas samych. To nasze lęki. Nasza autodestrukcyjna natura. Zebra jest tym, co najgorsze w nas, kiedy przeżywamy straszniejsze chwile. Demon to my sami.
Stein Garth "Sztuka ścigania się w deszczu"
Kiedy się dowiedziałam, że ukazała się nowa książka Tadeusza
Konwickiego, byłam mocno zaskoczona. Nawet biorąc pod uwagę, że to właściwie
wywiad-rzeka z nim. Ostatnią książką, jaką wydał był „Pamflet na siebie” z 1995
roku, po którym oficjalnie odłożył pióro. Od tamtej pory cisza, czasem
pojawiały się jakieś pojedyncze wywiady. A tu nagle książka. Nie minęło wiele
czasu, jak dostałam ją w prezencie i planowałam ją odłożyć „na później”, najlepiej
na czas świąt. Cóż, nie udało się.
Od pierwszych stron niemalże mnie urzekła ta rozmowa między
dojrzałym pisarzem a młodym badaczem jego dzieł. Czasem poważne są te dialogi,
czasem zabawne, a innym razem zupełnie niemożliwe do ujęcia w słowa…
Panie Przemku kochany, pan mnie zmusza do tego, że ja,
będąc człowiekiem bardzo wstydliwym i delikatnym, po prostu robię strip-tease.
Mimo wszystko, ta książka z zupełnie innej strony pokazuje
Tadeusza Konwickiego. Opowieści o partyzantce, zupełnie inaczej niż dotąd, opowieści
o żonie i jej odchodzeniu… Były takie momenty, gdzie jedno zdanie sprawiało, że
zatrzymywałam się na chwilę, bo przed moimi oczami pojawiały się wyraziste
obrazy, a samo zdanie niosło ze sobą wiele emocji…
Bo jak się robi nadużycia, trzeba zrobić takie, żeby
wszyscy od razu osłupieli.
Znów we wspomnieniach pojawia się kot Iwan, którym po raz
kolejny się zachwyciłam, z zaskoczeniem stwierdzając, że po moim mieszkaniu
biega jakby-miniaturka kota Iwana, z wyglądu wypisz-wymaluj Iwan, nawet te pędzelki
na uszach… i usposobienie.
Nie obyło się oczywiście bez żartobliwych, dowcipnych
momentów i błyskotliwych ripost. Bez tego byłaby to książka zupełnie niepodobna
do twórczości Konwickiego. Dowcipne uwagi, docinki pod adresem młodego badacza
i odpowiedzi na pytania tylko wtedy, kiedy naprawdę chce się udzielić
odpowiedzi, jeśli nie… cóż, wtedy żadne, najbardziej nawet podchwytliwe pytania
nie zdadzą się na nic.
-Bardzo dużo już od pana wyciągnąłem.
-Nic pan nie wyciągnął.
-Już mnóstwo obrazów się przewinęło zapierających dech,
przynajmniej mnie.
-Pan ma kłopoty z systemem oddychania, panu się łatwo tam zapiera, tak że proszę być
ostrożnym. Słucham. Ja muszę pana czymś zirytować, żeby pan zadał trudne
pytanie.
I ten zbawienny, ratujący wszystko dystans do siebie:
Wystarczy, żeby pan poczytał o mnie, a pan czytał, to pan
wie, jakim byłem draniem. Złoczyńcą. A właściwie nawet potworem. Ja nawet
czasem czytając – bo lubiłem czytać jedynie paszkwile na siebie – tak nie
wiedziałem, czy nie odczuwać lekkiej dumy, bo wynikało, że PRL, całe
bestialstwo tego systemu stworzyli
Bierut i Konwicki. No niby niezaszczytne, ale wyróżniające.
I powracanie do tematu cenzury, potyczek z nią… (co zresztą
szczególnie mnie interesuje):
Proszę pana, ja co chciałem, to zrobiłem. Cenzura… wiem,
ale umiałem wpaść w takie momenty, kiedy robiła się lżejsza. Musiałem może
znaleźć bardziej skomplikowany aparat tak zwany artystyczny, żeby to przekazać,
ale przekazywałem. Mówię to, żeby pana też trochę zirytować. Tutaj koledzy literaci
strasznie cierpieli, teraz ich wspomnienia czytam, jak męczyli się w PRL-u, a
ja właściwie powiem bezczelnie, że co chciałem, i w filmie i w literaturze –
powiedziałem. Nie mogę mówić, że czarna dziura, zmarnowane życie.
Wiem jedno: na pewno jeszcze nie raz wrócę do tej książki i
za każdym razem odnajdę w niej coś zupełnie innego, choć równie ważnego i
cennego. Coś, co pozwoli mi spojrzeć w jakiś nieuchwytny sposób, dostrzec to,
czego na co dzień nie widać… nie tylko w książkach pana Konwickiego, ale w sobie,
świecie, w rzeczywistości, która nas otacza. Magicznie.
Jedno wiem na pewno. Że nigdy nie zrozumiemy, co znaczy to
wszystko, w czym żyjemy, dlaczego to jest, skąd się wzięło. Gdzie istniejemy.
Po co istniejemy. Co oznacza słowo Bóg. Bo gdybyśmy to poznali, to byłby koniec
świata. Chyba, tak myślę, jakby przypadek zrządził, że byśmy poznali, to byłby
koniec świata.[1]
[1]
Wszystkie cytaty z: Tadeusz Konwicki: W pośpiechu, wyd. Czarne, Wołowiec 2011,
rozmawiał Przemysław Kaniecki
Wczoraj w nocy siedziałam w kuchni z Panem Kotem, piliśmy herbatę i rozmawialiśmy. Przyznaję, odtajałam trochę... Marnie się zaczął ten dzień. Leniwie, aż za spokojnie. Melancholojnie. Przez ten dziwny sen. O mamie. Była u mnie w mieszkaniu. Sen z serii "tak naprawdę mama żyje, tylko wyjechała na jakiś czas"... Tym razem, wyjątkowo się nawet nie kłóciłyśmy. Później kawa z mlekiem, kąpiel i łyżeczka......
No i mamy 2012 rok, rok końca świata, Euro 2012 i kilku innych rzeczy. Ciekawe. Dla mojego mikroświata znaczy to tyle, że planuję w swoim życiu wiele zmienić. Nowy Rok zaczęłam od totalnego remanentu w pokoju, w moich szpargałach, drobiazgach. W tych wszystkich zmianach szukam chociaż odrobiny ładu. A, jak wiadomo, porządki rzeczy pomagają uporządkować myśli. Wpisałam już adresy i daty urodzin do...