Po ostatnich, dość burzliwych dla mnie dniach, kiedy (chyba, mam nadzieję) udało się wyjaśnić nieporozumienia i odnaleźć zrozumienie w oczach ludzi dla mnie ważnych, a niekiedy nawet więcej, niż bym się spodziewała... spotkało mnie coś zaskakującego. a moja roślinka na parapecie kwitnąć niebawem zacznie Obudziłam się po dobrze przespanej nocy i zdałam sobie sprawę, że.. może to zabrzmi banalnie, ale wróciły do mnie...
Jak mnie to męczy. Ile razy można komuś powtarzać, że pomoc to nie jakieś heroiczne działania, zrobienie czegoś, co zmieni czyjeś życie, och, ach, jaki jestem wspaniały, jaka jestem wspaniała. Pomoc to czasem po prostu to, że ktoś jest, że wysłucha narzekań, przytuli i ... pozwoli później pomyśleć w spokoju i zmieniać swoje życie własnymi rękami. Takiej pomocy pragnę od ludzi mi bliskich....
Będzie (nieco) marudnie.
Nie będę znów cytowała klasyka że kiedy jedno się kończy, coś innego... Nie będę też się pocieszać, że może być tylko lepiej (bo to dla mnie oczywiste). Nie będę pisać, że tęsknię, że chcę by było jak dawniej.
A jednak mam poczucie, że pewien etap mojego życia właśnie się zamyka.
Czas angażowania się z frajdą w wolontariaty wszelkiej maści, dokładania starań, spalania się w działaniu i pełnych emocji chwil wśród ludzi, z którymi się działało. Pozytywnej energii. Działania może nie za free ale przynajmniej z pozoru nie za wynagrodzenie.
Czas pozostawania przy kimś z nadzieją, że doceni mnie u swego boku, że to co ważne dla mnie, tak samo ważne dla niego, że spędzone razem chwile, wspólne radosne wspomnienia mają sens i mają przyszłość.
Czas może nie marazmu, ale odpuszczenia sobie pewnych kwestii, pozwolenia, by dalej wpływały na moje życie, sprawiały że będę uciekać, unikać, lub brnąć w niefajne relacje, bo inaczej nie umiem.
Jest mi czasem smutno, owszem.
Czasem mam dość faktu że do tego, co było - już nie ma dla mnie powrotu.
I dopada mnie złość, że czasem decydują o tym inni a ja nie mam na to żadnego wpływu.
A później myślę sobie, że jestem ciekawa tego, co nowe, inne.
Zachwycam się wiosną.
Doceniam chwile pełne życia, zabiegania, coraz większej równowagi.
Czas dzielony na ciszę i gwar, książki i ludzi, światło i ciemność, kolory i czarno-białe, ciepło i chłód...
I jest mi dobrze, a tego co mam nie zamieniłabym na nic innego.
Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę:
Nie będę znów cytowała klasyka że kiedy jedno się kończy, coś innego... Nie będę też się pocieszać, że może być tylko lepiej (bo to dla mnie oczywiste). Nie będę pisać, że tęsknię, że chcę by było jak dawniej.
A jednak mam poczucie, że pewien etap mojego życia właśnie się zamyka.
Czas angażowania się z frajdą w wolontariaty wszelkiej maści, dokładania starań, spalania się w działaniu i pełnych emocji chwil wśród ludzi, z którymi się działało. Pozytywnej energii. Działania może nie za free ale przynajmniej z pozoru nie za wynagrodzenie.
Czas pozostawania przy kimś z nadzieją, że doceni mnie u swego boku, że to co ważne dla mnie, tak samo ważne dla niego, że spędzone razem chwile, wspólne radosne wspomnienia mają sens i mają przyszłość.
Czas może nie marazmu, ale odpuszczenia sobie pewnych kwestii, pozwolenia, by dalej wpływały na moje życie, sprawiały że będę uciekać, unikać, lub brnąć w niefajne relacje, bo inaczej nie umiem.
Jest mi czasem smutno, owszem.
Czasem mam dość faktu że do tego, co było - już nie ma dla mnie powrotu.
I dopada mnie złość, że czasem decydują o tym inni a ja nie mam na to żadnego wpływu.
A później myślę sobie, że jestem ciekawa tego, co nowe, inne.
Zachwycam się wiosną.
Doceniam chwile pełne życia, zabiegania, coraz większej równowagi.
Czas dzielony na ciszę i gwar, książki i ludzi, światło i ciemność, kolory i czarno-białe, ciepło i chłód...
I jest mi dobrze, a tego co mam nie zamieniłabym na nic innego.
Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę:
Jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono.
Jest czas zabijania i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowania.
Jest czas płaczu i czas śmiechu; jest czas narzekania i czas pląsów.
Jest czas rozrzucania kamieni i czas zbierania kamieni; jest czas pieszczot i czas wstrzymywania się od pieszczot.
Jest czas szukania i czas gubienia; jest czas przechowywania i czas odrzucania.
Jest czas rozdzierania i czas zszywania; jest czas milczenia i czas mówienia.
Jest czas miłowania i czas nienawidzenia; jest czas wojny i czas pokoju.
Jaki pożytek ma pracujący z tego, że się trudzi?
Widziałem żmudne zadania, które Bóg zadał ludziom, aby się nimi trudzili.
Wszystko pięknie uczynił w swoim czasie, nawet wieczność włożył w ich serca; a jednak człowiek nie może pojąć dzieła, którego dokonał Bóg od początku do końca.
Poznałem więc, że dla ludzi nie ma nic lepszego, jak tylko radować się i używać, póki żyją.
Również to jest darem Bożym, że człowiek może jeść i pić, i dogadzać sobie przy całym swoim trudzie.
Wiem, że wszystko, cokolwiek Bóg czyni, trwa na wieki: Nic nie można do tego dodać i nic z tego ująć; a Bóg czyni to, aby się go bano.
Księga Koheleta 3,1-14
Księga Koheleta 3,1-14
Takie tam, dawne małe szaleństwo ;) ...
Roman Brandstaetter „Modlitwa bez słów” Jeżeli nie umiesz modlić się słowami, Nie rozdzieraj szat Ani głowy nie posypuj popiołem, Ale módl się tak, jak umiesz, Bez słów, jak drzewa, jak trawy, jak morza, Które również zmawiają modlitwę bez słów. Słowa są nieporadne, zawodne. Nieokreślone i nieokreślające. Są rozczarowaniem. Bolesną omylnością. Módl się zatem bez słów, Jak drzewo, jak trawa, jak morze… ...
Czuję w powietrzu wiosnę. Dobra, bardzo skromne określenie: nie tylko w powietrzu i nie tylko czuć. Widać też: Zresztą w ogóle jest coraz bardziej namacalna. Zachwycam się pierwszą zielenią, kwiatami, słońcem, które "karmi" piegi. Zachwycam się tym, że na parapecie od kilku tygodni kwitnie mi fiołek afrykański (zdaje się podarowany ze szczerego serca na urodziny, skoro tak szaleńczo co jakiś czas kwitnie), że...
Przyłączycie się? Bo ja owszem :) Wyzwanie trwa do 21 maja 2015 :) A więcej informacji TUTAJ. ...
Piątkowy wieczór tak bardzo na spokojnie... Dolatujący z kuchni zapach piekącego się czekoladowego ciasta, które jutro zostanie ozdobione kremem. Ciepłe mleko i drożdżowe ciasto. Ciepłe światło lampek. Czerwień lakieru na świeżo pomalowanych paznokciach u stóp. Książki czekające na przeczytanie. Mnóstwo wolnego czasu w najbliższy, jak najbardziej nie w pracy spędzony weekend. Ciepły koc. Mrrr. Kocham takie wieczory. Choć mam też w sobie smutek,...
Nie ma to jak umieć docenić drobne (i mniej drobne) rzeczy... Zastanowiło mnie to, kiedy czas jakiś temu, po niemal tygodniu chorowania wypełzłam na świat ;) Może nie uwierzycie, ale jeszcze kiedy przeziębienie mocno dawało mi się we znaki, pomyślałam sobie: kurczę, jak ja nie doceniam na co dzień tego, że nic wielkiego mi nie dolega, nie boli, nie dokucza i nie utrudnia...
Jak to mówią, "haters gonna hate", czyli w wolnym przekładzie, narzekacze będą narzekać zawsze, niekiedy wręcz szukając dziury w całym, taka ich natura. Zawsze znajdzie się powód, by wylać z siebie żółć. Poniekąd i ja dziś to robię, narzekając na narzekaczy. Czemu tak mnie to poruszyło, że aż piszę o tym posta? Ano dlatego, że od kilku lat mieszkam w stolicy i odkąd...
Staram się mieć w pamięci to, na czym chcę się skupić w marcu. I choć czasem mnie kusi jakiś wolontariat, pomoc komuś w czymśtam, zrobienie czegoś za kogoś... często biorę głęboki oddech. I zwykle rezygnuję. Zajmuję się sobą, jakby to egoistycznie nie miało zabrzmieć. W moim słowniku to znaczy: wyspać się, zjeść coś rozsądnego, spotkać się z ludźmi, którzy są dla mnie ważni,...
Czasem myślę o tym wszystkim, że to niewyobrażalne, co dzieje się w głowie kogoś, kto dowiedział się, że jest chory na raka. Przecież to często jak wyrok. Dowiaduje się więc, że jest chory i że większość jego planów może już nie mieć większego sensu, ani szans na spełnienie, w ogóle wszystko może się skończyć zaraz. Co z planami, marzeniami, nadziejami? Co jeśli na...
Może dla niektórych to, jaka jestem, może się wydawać dziwne. OK. Ja jednak wolę pozostać taka, jaka jestem, nawet ryzykując, że wokół mnie będzie mniej ludzi. Za to będą ci, którzy mnie akceptują. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że woli być nienawidzony za to kim jest, niż kochany za to, kim nie jest. I ja patrzę właśnie w ten sposób. Z biegiem czasu dochodzę...
Nienawidzę takich pożegnań.
Jeszcze miesiąc temu może widziałam ich oboje na przystanku, kiedy wracałam z rodzinnego domu do stolicy. Starsze małżeństwo, znajomi moich rodziców, mieszkali niemalże po sąsiedzku przez wiele lat - po tym, jak postanowili opuścić stolicę i zamieszkać w spokojniejszym miejscu. Moje dzieciństwo nosi niezatarty ślad obecności ich obojga... tacy prawie jak ciocia i wujek, mnóstwo książek już nie dla ich dorosłych dzieci a dla mnie w sam raz... powędrowało do mojej biblioteczki i jest tam do dziś.
Kilka dni temu, przelotnie zastanowiłam się co u nich, bo tak się złożyło, że aktualnie pracuję niemal po sąsiedzku z ich dawnym warszawskim mieszkaniem.
I w niedzielny wieczór dowiedziałam się co u nich słychać, niestety. W czwartek na jednym z cmentarzy na obrzeżach W-wy będzie pogrzeb pani Zosi. Mój tata przyjedzie i pojedziemy tam razem, wszak mam tego dnia wolny dzień od pracy.
Tuż po tym, jak usłyszałam ową przykrą nowinę przez telefon od mojego taty, zgapiłam się i przeszłam na czerwonym świetle przez zupełnie pustą ulicę, a tuż po tym zostałam nazwana daltonistką przez pewną panią, która głośno musiała przecież pokazać tej niewychowanej młodzieży, jakie są zasady, wyrazić swoje ubolewanie i złość.
Ciężko...
Jeszcze ciężej, kiedy pomyślę, że ktoś, kto przez ostatnie miesiące stał się jedną z ważniejszych osób w moim życiu, jest tak zajęty, że nawet, gdybym mu teraz napisała o przyczynach mojego smutku i przygnębienia, nie miałby czasu odpisać. Bo nie chciałby tego czasu znaleźć. Bo on mi smęcił, marudził i było OK, ja jemu też... do pewnego czasu.
Cieszę się, że mimo wszystko są wokół mnie inni ludzie.
Jeszcze miesiąc temu może widziałam ich oboje na przystanku, kiedy wracałam z rodzinnego domu do stolicy. Starsze małżeństwo, znajomi moich rodziców, mieszkali niemalże po sąsiedzku przez wiele lat - po tym, jak postanowili opuścić stolicę i zamieszkać w spokojniejszym miejscu. Moje dzieciństwo nosi niezatarty ślad obecności ich obojga... tacy prawie jak ciocia i wujek, mnóstwo książek już nie dla ich dorosłych dzieci a dla mnie w sam raz... powędrowało do mojej biblioteczki i jest tam do dziś.
Kilka dni temu, przelotnie zastanowiłam się co u nich, bo tak się złożyło, że aktualnie pracuję niemal po sąsiedzku z ich dawnym warszawskim mieszkaniem.
I w niedzielny wieczór dowiedziałam się co u nich słychać, niestety. W czwartek na jednym z cmentarzy na obrzeżach W-wy będzie pogrzeb pani Zosi. Mój tata przyjedzie i pojedziemy tam razem, wszak mam tego dnia wolny dzień od pracy.
Tuż po tym, jak usłyszałam ową przykrą nowinę przez telefon od mojego taty, zgapiłam się i przeszłam na czerwonym świetle przez zupełnie pustą ulicę, a tuż po tym zostałam nazwana daltonistką przez pewną panią, która głośno musiała przecież pokazać tej niewychowanej młodzieży, jakie są zasady, wyrazić swoje ubolewanie i złość.
Ciężko...
Jeszcze ciężej, kiedy pomyślę, że ktoś, kto przez ostatnie miesiące stał się jedną z ważniejszych osób w moim życiu, jest tak zajęty, że nawet, gdybym mu teraz napisała o przyczynach mojego smutku i przygnębienia, nie miałby czasu odpisać. Bo nie chciałby tego czasu znaleźć. Bo on mi smęcił, marudził i było OK, ja jemu też... do pewnego czasu.
Cieszę się, że mimo wszystko są wokół mnie inni ludzie.
... jak Most Łazienkowski na Walentynki ;) Choćbym humor miała doprawdy paskudny, choćby na co dzień było tak sobie, dopóki mimo wszystko cieszą mnie małe, drogne rzeczy i umiem dostrzec piękno w otaczającej mnie rzeczywistości- jest dobrze. Dziś podlewając rano moje roślinki na parapecie dostrzegłam taką oto niespodziankę, która strasznie mnie ucieszyła i dała mi mnóstwo frajdy z tej odrobiny wiosny: A kiedy...
1. Vladimir Nabokov: Czarodziej Tak jakby wczesna wersja "Lolity", wersja, z której rozwinęła się ta opowieść, taki mały zaczątek. Momentami to opowiadanie było... dość ciężkie do przebrnięcia, takie... dziwne. Zagłębianie się w psychikę człowieka, którego pociągają małe dziewczynki było takie zniesmaczające trochę. Niby to tak refleksyjnie: wiem, że to złe, próbowałem to z siebie wykorzenić, ale... a jednocześnie cała intryga, mająca na celu...
No i marzec. Jak to w jakimś memie padło: w marcu cała nadzieja, luty był do bani (albo jakoś tak). Marcowe plany, wiosenne plany. Jakieś nowe pomysły kiełkują, oj kiełkują. Po pierwsze: wyluzować. W lutym wzięłam na siebie nieco zbyt dużo, pod koniec biegałam więc z wywieszonym językiem nieomal, dokańczałam, dopinałam na ostatni guzik i w ogóle. A jak mnie zmogło to zmogło...