W lutym same sprzeczności: co może sprawić, że cierpiący na agorafobię zapragnie wyjść z domu, odwiedzamy opactwo świętego grzechu i poznajemy biografię "cesarza wszech chorób". Ponadto możemy się przekonać, czy aby na pewno opłaca się głównie krytykować ludzi i czym się może skończyć niestandardowe podejście do terapii alkoholików i wolontariat w postaci dawania narkomanom strzykawek. Plus oniryczne wizje wspomnień człowieka "wszędzie obcego".
1. Catherine Ryan Hyde: Nie pozwól mi odejść
Niesamowita książka o dziewczynce, która siaduje przed domem "bo gdyby siedziała w domu, nikt by jej nie pomógł" jak sama mówi. Stopniowo zaprzyjaźnia się z mieszkańcami domu, zmieniając na zawsze panujące w nim relacje, a szczególnie zmienia życie jednego z nich, mężczyzny cierpiącego na agorafobię. Zdecydowanie bardzo pozytywna i ciepła opowieść.
Takie dwa cytaty:
Z początku chcesz się dobrze czuć w danej chwili, a potem zamieniasz to na całe życie. To nie jest dobra zamiana, ale ludzie nie przestają tego robić. Na tym polega uzależnienie. Oddajesz przyszłość w zamian za to, żeby czuć się dobrze w danej chwili.
***
Akceptacja. O niej była mowa. O tym, że to szaleństwo udawać, że coś jest inne, albo że możesz to zmienić tylko dlatego, że tego nie lubisz. To jeden z głównych powodów brania narkotyków i rujnowania życia innym. Bo nie chce się akceptować rzeczy takimi, jakie są, gdy nie można ich zmienić.
2. Miłosz Brzeziński: Głaskologia. Jak pozytywnie wpływać na innych i zwiększać przy tym swoją satysfakcję. Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji.
Jak dla mnie- świetna książka warta przeczytania. Byłam do niej sceptycznie nastawiona, jak się okazało: zupełnie niepotrzebnie. Warto po nią sięgnąć, by w nieco inny sposób spojrzeć na kwestię komplementów, mówienia ludziom pozytywnych rzeczy i dbania w ten sposób o znajomości i różne relacje, szczególnie w pracy, ale myślę, że bardziej ogólnoludzko również, jeśli nie przede wszystkim.
3. Sue Monk Kidd: Opactwo świętego grzechu
Niebanalna opowieść, zdecydowanie. Choć po Sekretnym życiu pszczół tej autorki - poprzeczka była dość wysoko ustawiona. Dla mnie to piękna opowieść o stracie, ale nie tylko stracie kogoś bliskiego ale w pewnym sensie samego siebie- zatraceniu się w miłości i próbie odnalezienia tego co ważne niejako na nowo. Ale też oryginalne spojrzenie na zakochanie, romans.
Co chwila trafiał na tę samą koncepcję, która nie była mu bynajmniej obca: kiedy ktoś potrzebuje radykalnej odmiany, pragnie zupełnie inaczej określić życiowe priorytety, jego psyche dąży do erotycznego związku, zauroczenia, intensywnego zakochania się.
Wiedział o tym.Wiedział o tym każdy analityk. Miłość była najstarszym, najbardziej bezwzględnym katalizatorem pod słońcem.
Zwykle jednak zakochujemy się w czymś, czego nam brakuje i co odnajdujemy w drugim człowieku.
***
Nie potrafię tego wytłumaczyć, mogę tylko powiedzieć, że poznanie prawdy przynosi ulgę bez względu na to, jak bardzo jest bolesna. Człowiek dochodzi wreszcie do niedającego się zredukować
jądra i nie pozostaje mu nic innego, jak je sobie przyswoić. Dopiero wtedy może dostąpić surowej łaski akceptacji.
***
Tym, co pokochałam w nim najbardziej, było moje własne odrodzenie, to, że dzięki niemu odzyskałam samą siebie. Okrutna i zdumiewająca była świadomość, że nasz związek nigdy nie
stanowił fragmentu realnego świata, domu, w którym pierze się skarpetki i szatkuje cebulę.
Stanowił fragment mrocznej podszewki duszy.
4. Siddartha Mukhejee: Cesarz wszech chorób. Biografia raka.
Ciężka momentami, ale bardzo wciągająca, rzec by można, że wciągająca jak dobry kryminał - co w sumie nawet nie mijałoby się z prawdą, biorąc pod uwagę że giną w niej ludzie i trwają próby ustalenia, jak działa "morderca" i jak jego działaniom zapobiec :) Jak dla mnie o tyle niesamowita, bo udowadnia, że rak nie jest "chorobą naszych czasów" skoro pojawiał się i był opisany już w starożytnym Egipcie. Fascynowały mnie genetyczne zawiłości, opisy na poziomie komórkowym i skomplikowane opisy różnych metod leczenia. Na pewno mocno mnie zaskoczyło stwierdzenie, że kiedykolwiek był czas, że twierdzono iż pomiędzy zachorowaniami na raka płuc a paleniem papierosów jest taki związek jak między noszeniem pończoch a zachorowaniem.
Zafascynował mnie też wątek Marii Curie-Skłodowskiej i Piotra Curie, traf chciał, że później trafiłam na film do obejrzenia online: Prawda o Marii Curie-Skłodowskiej.
Nie zdołaliśmy zabić wroga, komórki nowotworowej, ani - w przenośni - pozbawić jej kłów. Przygody nasze pozwoliły zaledwie ujrzeć bestię wyraźniej, opisać jej łuski i zęby na nowe sposoby. Pozwoliły ujawnić, że komórka nowotworowa, niczym Grendel, to wykrzywione odbicie nas samych. (Harold Varmus 1989)
***
Rak wykorzystuje nasze funkcje życiowe do własnych celów. Jest jak okrutne zwierciadło, w którym widzimy własne odbicie, Susan Sontag przestrzegała, by nie obciążać choroby metaforami. Jednak to nie metafora. Ostatecznie w swej molekularnej prostocie, komórka rakowa to hiperaktywna, zdolna do przetrwania, poszarpana, płodna i sprytna kopia człowieka.
5. Tadeusz Konwicki: Sennik współczesny
Poezja ujęta w ramy prozy, serio! Niektóre zdania to po protu miód na moje serce i raj dla mojego poczucia estetyki. A przy tym... Pięknie napisana opowieść o człowieku, który nigdzie nie czuje się wśród swoich i niezależnie od tego, gdzie jest, czuje się obcy. Bardzo to zresztą biograficzny wątek.
Pomiędzy czarnymi gałęziami zobaczyłem ułomki niebieskiego nieba, okruchy pełne światła ciągliwego jak świeży miód. Patrzyłem na te ślady życia ścierane nieustannym ruchem strzępiastych konarów. Czułem się bezpieczniejszy.
***
Położyłem się spać, choć wiedziałem, że trudno mi będzie usnąć. Przywoływałem przed pamięć spokój, nieruchome krajobrazy wyniesione z nieczęstych chwil bez trwogi, aż wreszcie jęły mnie osaczać w płytkim śnie zapamiętane z przeszłości twarze i cząstki zdarzeń, i wtedy nagle z histerycznym wzdrygnięciem obudziłem się wypełniony pospiesznym łomotaniem serca.
6. Marek Harny: Wolontariuszka
Książka, od której nie sposób się oderwać, przeczytana jednym tchem. Wartka akcja, niesztampowe postaci, dobrze napisana i wciągająca. I mimo wszystko, skłonna jestem przyznać, że nie urażając nikogo, ale jeśli chodzi o "młode talenty" to niestety mężczyźni mniej łzawie i sentymentalnie, a bardziej przekonująco piszą o miłości i seksie. I bez patosu. Ale uwaga, to bynajmniej nie jest ot banalny romans.
Położyłem się spać, choć wiedziałem, że trudno mi będzie usnąć. Przywoływałem przed pamięć spokój, nieruchome krajobrazy wyniesione z nieczęstych chwil bez trwogi, aż wreszcie jęły mnie osaczać w płytkim śnie zapamiętane z przeszłości twarze i cząstki zdarzeń, i wtedy nagle z histerycznym wzdrygnięciem obudziłem się wypełniony pospiesznym łomotaniem serca.
6. Marek Harny: Wolontariuszka
Książka, od której nie sposób się oderwać, przeczytana jednym tchem. Wartka akcja, niesztampowe postaci, dobrze napisana i wciągająca. I mimo wszystko, skłonna jestem przyznać, że nie urażając nikogo, ale jeśli chodzi o "młode talenty" to niestety mężczyźni mniej łzawie i sentymentalnie, a bardziej przekonująco piszą o miłości i seksie. I bez patosu. Ale uwaga, to bynajmniej nie jest ot banalny romans.
Wszędzie inspiracje, wszędzie złote, srebrne lub pozłacane rady, jak się zmobilizować, jak lepiej się organizować, planować czas, jak szybciej, lepiej, skuteczniej. Więc inspirujemy się, czytamy, zerkamy, powtarzamy sobie wyczytana lub usłyszane rady, myślimy sobie: to zmieni moje życie. Mam kiepską wiadomość: nie zmieni. A przynajmniej: nie samo.
I wiecie skąd to wiem? Bo inspirowałam się od dawna, jednak dopóki Pan Uśmiech nie wypomniał mi, że podobno sama kiedyś powiedziałam (głupio przyznać, ale nie pamiętam, choć możliwe że tak było), że inspirować można się w nieskończoność i nigdy nie zacząć działać. Pomyślałam sobie: cóż, dokładnie.
Pomyślałam, że czekanie na idealny moment, dzień kiedy nie będę zmęczona, kiedy będę wyjątkowo pozytywnie nastawiona, na dzień kiedy zakocham się z wzajemnością, albo wygram szóstkę w totka... nie ma sensu. Że jeśli mam coś zacząć robić, to teraz. Zwłaszcza, że nie tak dawno usiadłam sobie z moim magicznym notesem i na wielkiej stronie wypisałam szczegółowo, jaka byłaby wizja mojego idealnego życia: od przyjaźni, związków, po relacje z rodziną, finanse, karierę i zdrowie, po rzeczy takie jak własne miejsce na ziemi, ogólny dobrostan ciała i ducha. Nie da się ukryć, dość konkretnie wiem, czego chcę.
Zastanowiłam się więc co mogłabym zrobić TERAZ.
Po czym zerknęłam w mój potwornie zabałaganiony folder w zakładkach, o urokliwej nazwie "miszmasz" i krytycznym okiem oceniłam, że mam tam multum linków do stron, które mam przeczytać, zrobić sobie notatki z nich i z wyciągniętych wniosków wykuć jakieś działanie. Odkładane od dawna na ten magiczny lepszy moment.
Przesortowałam je. Niektóre po prostu, bezpardonowo usunęłam. Inne wrzuciłam do odpowiednich folderów. Zostały tylko te, nad którymi potrzebowałam spędzić nieco więcej czasu, jakimś dziwnym trafem powiązane z tematyką, w której chciałabym się zagłębić by zawodowo iść w ciekawszą stronę.
A później właściwie każdego dnia znajdowałam po kilka chwil na to by zrobić choćby kilka drobnych rzeczy: założyć konto na jakimś portalu, przeczytać regulamin jeszcze innego, poszukać więcej informacji na jakiś temat, wysłać kilka CV... Jakimś cudem okazało się, że kilka takich drobnostek jednego dnia, czyni kolosalną różnicę w perspektywie załóżmy tygodnia.
Na koniec zostawiam Was z pewnym cytatem:
Jeśli nic nie zmienisz, nic się nie zmieni.
Dziś chcę się z Wami podzielić garścią cytatów poniekąd o przemijaniu, a tak właściwie to bardziej chyba o zamykaniu za sobą pewnego etapu w życiu. Takie przewrócenie strony i zamknięcie pewnego rozdziału, by zacząć pisać kolejny. Nie jest łatwo odważyć się na taki krok... może właśnie dlatego postanowiłam zebrać te cytaty, które najbardziej zapadły mi w serce. Czemu? O tym niebawem. A tymczasem garść cytatów:
Zrozumiałem już. Umiera gąsienica, kiedy zmienia się w poczwarkę. Umiera roślina, kiedy zawiązuje się ziarno. Każdy, przemieniając się, odczuwa smutek i niepokój. Wszystko w nim staje się zbędne. Każdy, przemieniając się, jest jak pełen żalu cmentarz.
Antoine de Saint-Exupéry
***
Nigdy nie myśl o tym, czego nie masz, jakbyś to już miał, ale z tego co masz, wybierz to, co najbardziej jest cenne i pomyśl z jakim trudem byś się o to starał, gdyby tego nie było
Marek Aureliusz
***
– Mam iść tam, za nim? – ujmując cugle niespokojnie zapytał mistrz.
– Nie – odpowiedział mu Woland. – Po cóż iść za tropem tego, co się już skończyło?
– A więc tam? – zapytał mistrz, odwrócił się i wskazał za siebie, tam gdzie znowu zarysowało się za nimi niedawno opuszczone miasto, pełne piernikowych wież monasterskich i rozpryśniętego w szkle na drobne kawałeczki słońca.
– Także nie – odparł Woland. Głos jego nabrał mocy i popłynął nad skałami.
Michaił Bułhakow: Mistrz i Małgorzata
***
Tylko nieznane przeraża człowieka. Ale dla tego, kto mu stawia czoło, ono już nie jest nieznane.
Antoine de Saint-Exupéry
***
Dlaczego ocaleni pozostają bezimienni – jakby ciążyła na nich klątwa – a poległych otacza się czcią? Dlaczego czepiamy się tego, co utraciliśmy, ignorując to, co udało nam się zachować?
Steven Erikson, „Bramy Domu Umarłych”
***
Nie będzie już pomyłki, złudzeń, pułapek, przebudzeń, nie będzie powrotu. Dobrze to wiedzieć, kiedy mgły fantazji raz jeszcze miałyby zaciemnić soczewki wiedzy.
Erich Maria Remarque
***
Myślę o tej kobiecie, jaką się ostatnio stałam, o życiu jakie teraz prowadzę i o tym, jak bardzo zawsze chciałam być tą osobą i wieść to życie, wyzwolona z farsy udawania, że jestem kimś innym niż tylko sobą. Myślę o tym wszystkim, co musiałam znieść zanim dotarłam tutaj i zastanawiam się czy to j a - – to znaczy ta szczęśliwa i zrównoważona ja, drzemiąca teraz na pokładzie tej małej indonezyjskiej łodzi rybackiej – przez te wszystkie ciężkie lata ciągnęła tę drugą, młodszą, bardziej zdezorientowaną i szamocącą się. Ta młodsza ja byłam tym pełnym możliwości żołędziem, jednak to ta starsza j a, ten istniejący już dąb, powtarzała cały czas: „Tak…rośnij! Zmieniaj się! Ewoluuj! Przyjdź i spotkaj się ze mną tutaj, gdzie j a już istnieję, wypełniona i dojrzała! Chcę, byś we mnie wrosła!” I możliwe, że właśnie to obecne i w pełni urzeczywistnione j a unosiło się cztery lata temu nad łkającą na posadzce w łazience mężatką i może to j a szeptałam czule do ucha tej pogrążonej w rozpaczy kobiety: „Wracaj do łóżka, Liz…” Ja już wiedziałam, że wszystko będzie dobrze, że ostatecznie wszystko sprowadzi nas razem t u t a j. Dokładnie tutaj, dokładnie w tę chwilę, bo to jest miejsce, w którym na nią zawsze czekałam, spokojna i zadowolona.(…)
Elizabeth Gilbert
***
A z nieco innej beczki:
Człowiek, który wymyśla sam siebie, potrzebuje kogoś, kto by wierzył w niego, aby udowodnił, że zamysł mu się powiódł. Znowu odgrywanie roli Boga, można by powiedzieć. Albo też można by zejść o kilka stopni w skali w dół i pomyśleć o Dzwoneczku, wróżki nie istnieją, jeżeli dzieci nie klaszczą z uciechy w dłonie. Albo też można by po prostu powiedzieć: tak właśnie wygląda natura ludzka.
Salman Rushdie
A z nieco innej beczki:
Człowiek, który wymyśla sam siebie, potrzebuje kogoś, kto by wierzył w niego, aby udowodnił, że zamysł mu się powiódł. Znowu odgrywanie roli Boga, można by powiedzieć. Albo też można by zejść o kilka stopni w skali w dół i pomyśleć o Dzwoneczku, wróżki nie istnieją, jeżeli dzieci nie klaszczą z uciechy w dłonie. Albo też można by po prostu powiedzieć: tak właśnie wygląda natura ludzka.
Salman Rushdie
Wieki temu pisałam o tym tak:
Cieszę się, że od niedawna umiem się śmiać z siebie, to wiele upraszcza w życiu. Robię coś horrendalnie głupiego, przez swoje roztargnienie, chaos, nieprzemyślenie czegoś: gdybym miała się na siebie wkurzać i sobie dowalać, nie miałabym siły zmieniać tego, co we mnie złe, na lepsze- byłabym zbyt zdołowana.
Zdecydowanie warto mieć na tyle poczucia humoru, by śmiać się z samego siebie, jak niektórzy mawiają, dzięki temu do końca życia nie zabraknie nam powodów do śmiechu ;)
Poczucie humoru ratuje wiele, jeśli nie wszystko, a gdy go brak, cóż, najlepiej uciekać jak najdalej. Nie wyobrażam sobie bycia z kimś, kto nie ma poczucia humoru kompatybilnego z moim - to byłoby z góry skazane na niepowodzenie. Co innego mieć się z czego wspólnie śmiać, wygłupiać się i wiedzieć, że żart zostanie dobrze zrozumiany i druga osoba się z jego powodu nie obrazi.
Sama mam czasem dość dziwne poczucie humoru, śmieszą mnie czasem dość głupie a i niekiedy mało wyszukane żarty, a nieobca jest mi też pewna doza złośliwości. Mam znajomego, z którym jedynie przerzucamy się wszelkiego rodzaju "złośliwościami" w rozmowie, bynajmniej nie czując się dotknięci. Choć i tu, jak ze wszystkim, lepiej mieć wyczucie.
Tekst-bliźniak TUTAJ.
To nie w porządku tak tęsknić.
Niby człowiek wie, że zerwał z kimś kontakt, bo miał ku temu powody. Niby wie, że tak było lepiej, że to rozsądne, mądre, zdrowe i co tam Wam jeszcze przyjdzie do głowy. Niby rozsądek znajduje setki potwierdzeń, dowodów na prawdziwość tej tezy.
Niby człowiek wie, że jak śpiewał pewien wokalista: by odeszły w niepamięć chwile, które zwałem złotem, tamte chwile to tombak bo już wiem co było potem... Niby to takie jasne proste i oczywiste, że ktoś Cię traktował najzwyczajniej nie fair, że zerwanie kontaktu było uzasadnione. Niby proste, jasne i oczywiste jest również to, że ludzi, których masz wokół siebie teraz, zasługują na o wiele więcej i nie oszukujmy się - o wiele lepiej Cię traktują.
Jednak rozum swoje, a serce swoje. Tęsknota wraca, kiedy najmniej się jej spodziewamy, kiedy po tych kilku miesiącach wydaje się, że już dawno ok, nieważne, pozamiatane i zapomniane.
Nie wiem już jak to nazwać. Na swój własny użytek nazwę to tęsknotą za jakąś bardzo pokrętną i bardzo umowną stabilizacją, jakimś poczuciem bezpieczeństwa opartym na dość chwiejnych podstawach. Bo choć było chwiejnie, niestabilnie i nieprzewidywalnie, przez tych kilka lat to stało się moją rzeczywistością. Przywykłam. Przynajmniej to było coś bardzo dobrze mi znanego, przewidywalnego w swoim chaosie.
A tu masz, zmiana o 180 stopni i aż ciężko uwierzyć, że to zupełnie inna bajka, zgoła inna historia. I jak tu się odnaleźć?
Lubię swoje zwariowane, aktywne życie. Lubię nie mieć czasu by pomyśleć, gnać z miejsca na miejsce i w minimum czasu zmieścić maksimum rzeczy. Lubię ten pęd, lubię tę aktywność, bieg, cały czas do przodu. Zazwyczaj taki tryb życia sprawia, że mam wrażenie że żyję "mocniej". Jednak nie zawsze....
Bo jeśli przychodzą takie momenty, że po zabieganym dniu udaje mi się w końcu zatrzymać i znikąd wybucham niepohamowanym płaczem - nie jest OK. Są takie aspekty mojego życia, o których wolę na co dzień nie pamiętać, a jednak czasem nie sposób uciekać w nieskończoność. To sobie popłakałam, pomyślałam, pozastanawiałam się. I co mi z tego przyszło?
Poza tym, mimo tego całego pędu, mam poczucie, że w jakimś sensie się "zastałam".
Odłożyłam na półkę kilka marzeń, zostawiłam na inny czas realizację kilku celów. Taka mała stabilizacja: jest OK, bez szału, ale zostańmy tu gdzie jesteśmy, przynajmniej na trochę. Bo jest marnie ale względnie stabilnie, bo pójście dalej to wyzwanie i wyjście ze strefy komfortu, bo strach przed zmianami i ryzykiem, zastanawianie się, jak sobie poradzę w zupełnie dla mnie nowych i nieznanych warunkach.
Inna rzecz, że tam gdzie w jednej sferze się "zastałam", w innej pracuję usilnie, męczę się, robię bardzo dużo, by każdego dnia być w lepszym punkcie niż w dniu poprzednim. Czasem krok w tył, ale dwa do przodu, później znów pięć w tył, ale do przodu siedem... Nie jest łatwo, ale spojrzenie w tył i świadomość, jak wiele już wypracowałam i osiągnęłam, dodaje zapału.
W każdym razie koniec końców kilka przypadkowych spraw, spotkań i przeczytanych na szybko tekstów, pomogło mi ruszyć do przodu i w tych dziedzinach, gdzie się zastałam. Może nie ruszyć z kopyta, ale tutaj nawet drobne kroczki to dla mnie dużo, jeśli od bardzo dawna odkładałam na później jakiekolwiek działanie.
Jednego jestem pewna: gdyby nie to, że mam wokół siebie ludzi, którzy mnie akceptują bez warunków i zastrzeżeń, są niezależnie od tego, co się dzieje, czasem rozśmieszają a czasem po prostu wysłuchują mojego marudzenia i ocierają łzy... na pewno nie byłabym teraz tu, gdzie jestem.
Z a c z n i j. Tak się czyści zatrutą rzekę. Jeśli się boisz niepowodzenia, zacznij mimo to, a jeśli nie można inaczej, to ponieś klęskę, pozbieraj się i zacznij od nowa. Jeśli znów się nie uda, to co z tego? Zacznij jeszcze raz. To nie porażka powstrzymuje- to niechęć do zaczynania od początku powoduje stagnację. Co z tego, że się boisz? Jeśli się obawiasz, że coś wyskoczy i cię ugryzie, to niech się to wreszcie stanie. Niech twój strach wyjrzy z ciemności i cię ukąsi, żebyś miała to już za sobą i mogła się posuwać dalej. Przezwyciężysz to. Strach minie. Lepiej, żebyś wyszła mu naprzeciw, poczuła go i pokonała, zamiast mieć w nim wieczną wymówkę do czyszczenia rzeki
Clarissa Pinkola Estés
Znacie takie powiedzonko? Mi się gdzieś kołacze po głowie od czasów dzieciństwa. Nie myśl tyle, bo myślenie szkodzi. Żyj zamiast myśleć i zastanawiać się nad każdym kolejnym krokiem. Żyj, do diabła! Po co tyle myślisz i zastanawiasz się nad wszystkim, filozofem chcesz zostać? I nie, myślenie ZA DUŻO wcale nie ma przyszłości.
Wybrałam się jakiś czas temu na dłuuugi, samotny spacer praskim (a więc tym dzikszym) brzegiem Wisły. Taki spacer na pomyślenie, czy też raczej nie-myślenie, wszak jak rzekł Lec, czasami trzeba długo iść, by dojść do siebie. Więc mój kubeczek termiczny z ostatnio ukochaną yerbą z liczi i czymśtam, aparat do torby i nad Wisłę.
Zawsze mnie jakoś dziwnie uspokajał widok wody. Tak też było i tym razem.
Choć czasem musiałam nadkładać drogi by z powrotem dotrzeć nad Wisłę, bo te wszystkie zatoczki, te wszystkie betonowe cyple i te wszystkie przeszkody na drodze.
Jakoś lepiej się czasem nie-myśli idąc. Człowiek zapatrzy się w tą budzącą się przyrodę, w piękne słońce, w zieleń, w radosnych ludzi z jeszcze bardziej radosnymi psami, pobuja się na huśtawce, pocieszy się jak dziecko - i od razu jest inaczej.
Jakoś te wszystkie niewesołe myśli uciszają się w końcu w głowie.
I lżej jakoś później się idzie, lżej myśli, lżej działa.
Świat robi się jakiś przyjaźniejszy nagle. Ot tak.
Wybrałam się jakiś czas temu na dłuuugi, samotny spacer praskim (a więc tym dzikszym) brzegiem Wisły. Taki spacer na pomyślenie, czy też raczej nie-myślenie, wszak jak rzekł Lec, czasami trzeba długo iść, by dojść do siebie. Więc mój kubeczek termiczny z ostatnio ukochaną yerbą z liczi i czymśtam, aparat do torby i nad Wisłę.
Zawsze mnie jakoś dziwnie uspokajał widok wody. Tak też było i tym razem.
Choć czasem musiałam nadkładać drogi by z powrotem dotrzeć nad Wisłę, bo te wszystkie zatoczki, te wszystkie betonowe cyple i te wszystkie przeszkody na drodze.
Jakoś lepiej się czasem nie-myśli idąc. Człowiek zapatrzy się w tą budzącą się przyrodę, w piękne słońce, w zieleń, w radosnych ludzi z jeszcze bardziej radosnymi psami, pobuja się na huśtawce, pocieszy się jak dziecko - i od razu jest inaczej.
Jakoś te wszystkie niewesołe myśli uciszają się w końcu w głowie.
I lżej jakoś później się idzie, lżej myśli, lżej działa.
Świat robi się jakiś przyjaźniejszy nagle. Ot tak.
Napisałam kiedyś:
Choć z czasem zaczęłam doceniać wszystko to, co pomiędzy, te wszystkie pośrednie stany, nie tylko czarne bądź białe, ale wszystkie odcienie szarości pomiędzy, łącznie z całą paletą barw, odcieni tęczy.
Paradoksalnie wtedy życie jest o wiele pełniejsze, wszak nawet na skontrastowanym silnie zdjęciu widać tylko to, co najjaśniejsze i to co najciemniejsze a tymczasem głębia gubi się zupełnie.
Kiedy jest tylko czarno albo tylko biało, głębia znika. Są tylko kontrasty.
Po części przypomina mi to historię z mojej najbliższej rodziny, kiedy ktoś bardzo mi bliski żył bardzo skrajnie: albo optymizm, pełnia radości, pozytywnych emocji i słów, albo mega dołek, wkurw na cały świat i zostawcie mnie wszyscy w spokoju.
Wiele czasu zajęło mi przyjęcie, że może nie być super hiper i może nie być mega źle, że nawet jeśli jest tak pośrodku, to może właśnie całkiem fajnie. Spokój jest OK. Równowaga, choćby względna jest OK. I wszystko co gdzieś pośrodku tej skali...
Zdecydowanie nauczyłam się doceniać to "pomiędzy" a skrajności przestały mnie jakoś pociągać, a przynajmniej w ostatnim czasie nie przyciągają już tak mocno.
Tekst-bliźniak TUTAJ
Jeżeli Internet Explorer ma odwagę pytać Cię o bycie domyślną przeglądarką to Ty masz wystarczająco dużo odwagi, żeby zrobić cokolwiek zechcesz.
-Taki zapadający w pamięć cytat wrzuciłam ostatnio na swój profil na fb. Poprawił mi znacznie humor i był jedną z mega pozytywnych rzeczy w chaosie ostatnich dni. Taka drobna rzecz, która wywołuje uśmiech i choć na chwilę nieważne jest, co aktualnie tego uśmiechu pozbawia.
Bo wiecie, posypało się. Nie że tak konkretnie i spektakularnie.
Dalej chodzę do tej samej pracy, dalej mam wokół siebie garstkę osób, które są mi bliskie i z wzajemnością. Dalej pasjami robię zdjęcia i dalej pasjami koloruję jak opętana. Dalej jak maniak czytam książki, robię pyszne jedzenie, czasem tańczę i jak to ja- mało śpię.
A nawet ostatnio to ja jestem wsparciem dla innych. To ja wysłuchuję, koję smutki, pomagam znaleźć rozwiązania.
Za to jednego z zimowo-wiosennych wieczorów w ciągu kilku godzin spędzonych z Panem Uśmiechem na przemian płakałam, śmiałam się i śmiałam się, aż mi łzy leciały z oczu. A w międzyczasie rozmawialiśmy, owszem. Mało rzeczy ostatnio wrzuciło mnie na taki rollercoaster a jednocześnie dało tak niesamowitą ulgę.
Od niedawna też obserwuję jakąś dziwną tendencję do pojawiania się w moim życiu na nowo ludzi, z którymi nie spodziewałam się jakichkolwiek powrotów. Czasem to dobrze, czasem zupełnie nie. Jedno takie spotkanie przypłaciłam późniejszym emocjonalnym wyczerpaniem - bo w końcu ile, do diabła można komuś tłumaczyć, że NIE znaczy ni mniej, ni więcej tylko NIE, nie zaś "zastanowię się" albo "ponamawiaj mnie jeszcze trochę to się zgodzę".
A czasem zbliżam się z ludźmi i choć się z tego cieszę, budzi się we mnie lekki niepokój, tak po prostu. Takie to do mnie podobne.
I czasem wysłuchuję pod swoim adresem opinii, które może miłe nie są, ale prawdziwe, owszem. Przynajmniej w części. Pytanie co z tym zrobię...
Poza tym w każdej wolnej chwili czytam jak maniak, wszak jeśli w końcu mam na krótki czas, książkę którą bardzo chciałam przeczytać, to źle byłoby nie zrobić z tego użytku, czyż nie? I mniej istotne, że to ponad 540 stron...
Doprowadzam do ładu rzeczy z pozoru drobne, jednak takie porządkowanie rzeczywistości dużo mi daje, bo zaczynam się lepiej czuć.
I choć co prawda myślę, że z różnymi rzeczami się zastałam, myślę sobie czasem, że skoro to widzę jest OK, a na działanie mam nadzieję, niebawem przyjdzie czas.
Choć jeszcze bardziej chciałabym aktualnie, żeby przyszła wiosna.
-Taki zapadający w pamięć cytat wrzuciłam ostatnio na swój profil na fb. Poprawił mi znacznie humor i był jedną z mega pozytywnych rzeczy w chaosie ostatnich dni. Taka drobna rzecz, która wywołuje uśmiech i choć na chwilę nieważne jest, co aktualnie tego uśmiechu pozbawia.
Bo wiecie, posypało się. Nie że tak konkretnie i spektakularnie.
Dalej chodzę do tej samej pracy, dalej mam wokół siebie garstkę osób, które są mi bliskie i z wzajemnością. Dalej pasjami robię zdjęcia i dalej pasjami koloruję jak opętana. Dalej jak maniak czytam książki, robię pyszne jedzenie, czasem tańczę i jak to ja- mało śpię.
A nawet ostatnio to ja jestem wsparciem dla innych. To ja wysłuchuję, koję smutki, pomagam znaleźć rozwiązania.
Za to jednego z zimowo-wiosennych wieczorów w ciągu kilku godzin spędzonych z Panem Uśmiechem na przemian płakałam, śmiałam się i śmiałam się, aż mi łzy leciały z oczu. A w międzyczasie rozmawialiśmy, owszem. Mało rzeczy ostatnio wrzuciło mnie na taki rollercoaster a jednocześnie dało tak niesamowitą ulgę.
Od niedawna też obserwuję jakąś dziwną tendencję do pojawiania się w moim życiu na nowo ludzi, z którymi nie spodziewałam się jakichkolwiek powrotów. Czasem to dobrze, czasem zupełnie nie. Jedno takie spotkanie przypłaciłam późniejszym emocjonalnym wyczerpaniem - bo w końcu ile, do diabła można komuś tłumaczyć, że NIE znaczy ni mniej, ni więcej tylko NIE, nie zaś "zastanowię się" albo "ponamawiaj mnie jeszcze trochę to się zgodzę".
A czasem zbliżam się z ludźmi i choć się z tego cieszę, budzi się we mnie lekki niepokój, tak po prostu. Takie to do mnie podobne.
I czasem wysłuchuję pod swoim adresem opinii, które może miłe nie są, ale prawdziwe, owszem. Przynajmniej w części. Pytanie co z tym zrobię...
Poza tym w każdej wolnej chwili czytam jak maniak, wszak jeśli w końcu mam na krótki czas, książkę którą bardzo chciałam przeczytać, to źle byłoby nie zrobić z tego użytku, czyż nie? I mniej istotne, że to ponad 540 stron...
Doprowadzam do ładu rzeczy z pozoru drobne, jednak takie porządkowanie rzeczywistości dużo mi daje, bo zaczynam się lepiej czuć.
I choć co prawda myślę, że z różnymi rzeczami się zastałam, myślę sobie czasem, że skoro to widzę jest OK, a na działanie mam nadzieję, niebawem przyjdzie czas.
Choć jeszcze bardziej chciałabym aktualnie, żeby przyszła wiosna.
Przypomina mi się taka piosenka Myslovitz w której Artur Rojek śpiewa:
Najchętniej zamknąłbym Cię w klatce,
Bo kocham na Ciebie patrzeć
Naprawdę na dużo mnie stać..
Jak to kiedyś napisałam:
kurczę, lubię na tego kogoś patrzeć, to sprawia mi wręcz dziką przyjemność, mogłabym patrzeć i patrzeć..., jak się uśmiecha, jak gestykuluje, jak patrzy, w jaki sposób się śmieje.
Z biegiem czasu fascynacja zaczęła dla mnie tracić na znaczeniu. Bo to jednak coś innego patrzeć, zachwycać się, w gruncie rzeczy dość biernie. To trochę tak, jakby założyć, że sama w sobie nie mam nic takiego łał, że tylko w innych widzę coś, do czego warto się zbliżyć. Fascynacja nic nie mówi o wzajemności, mówi za to o zapatrzeniu.
A ja pragnę wzajemności właśnie. Na moim etapie życia przynajmniej.
Poza tym, jak już pisałam pewnego razu na fb, takie piosenki jak ta zacytowana powyżej są miłe, fascynujące i zachwycające... dopóki nie wsłuchamy się w słowa. Albo dopóki ktoś nam nie wyzna miłości w takich mniej więcej słowach. Serio, chciałabyś żeby jakiś chłopak wyznawał Ci miłość słowami tej piosenki? Może i brzmi romantycznie, ale jak dla mnie zakrawa już trochę na paranoję i jak by to ująć...
Tego się fajnie słucha, fajnie się nuci, ale... do czasu. kiedyś poznałam kogoś, kto miał właśnie takie skrajne podejścia. No cóż, dopiero wtedy mnie olśniło, że w prawdziwym życiu ani takie mocne emocje nie są na dłużej, na stałe, ani nikt rozsądny by nie chciał być z osobą owładniętą obsesją. Drugie dno jest takie, że jak się tyle słyszy takich pełnych skrajnych emocji piosenek, to niestety ciężko docenić mniej skrajne i silne emocje, a łatwo uwierzyć, że jak nie jest skrajne, to nie warto. Albo stwierdzić, że co z tego, że jestem z kimś, skoro mi totalnie odbiło na punkcie kogoś innego, to rzucę wszystko w cholerę, bo to MUSI być miłość.
Nie, nie musi.
Tekst-bliźniak TUTAJ
W dzisiejszych Notatkach Pożeracza Książek będzie o pięknie opisanej braterskiej miłości silniejszej niż śmierć, mężczyznach zręcznie ubierających w słowa swoją miłość w listach, o zakładach o miłość opisanych tak niedbale że aż strach, a także o czymś na kształt mezaliansu na tle fascynującej mnie kultury, o której ktoś ujmująco napisał. Więc tym razem wszystkie przeczytane przeze mnie książki łączy jedno słowo: miłość.
1. Astrid Lindgren: Bracie Lwie Serce
Moja ukochana książka z dzieciństwa. Moja mama czytała mi ją na dobranoc. Później pewnie czytałam ją sama, ale dopiero teraz wróciłam do niej na dobre. Magia powiem Wam, magia. I cytat, który niezmiennie powoduje u mnie ciarki:
I wtedy przyszedł.
Leżałem i płakałem z głową wciśniętą w poduszkę, a tu słyszę gruchanie, całkiem blisko. Podniosłem oczy i widzę, że na parapecie siedzi gołębica i patrzy na mnie miłym wzrokiem. ŚNIEŻNOBIAŁA gołębica, zauważcie, nie żadna taka szara, jak te z podwórza! Śnieżnobiała gołębica! Nikt nie zrozumie, co poczułem, jak ją zobaczyłem. Bo było dokładnie tak, jak w piosence: „... może któregoś wieczoru przyfrunie do twojej chatki śnieżnobiała gołębica”. Zdawało mi się, że znów słyszę, jak Jonatan śpiewa: „Wtenczas, Sucharku, będę wiedział, że to twoja dusza...”. Ale teraz on do mnie przyszedł zamiast ja do niego.
Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem. Leżałem tylko i przysłuchiwałem się, jak gołębica grucha, a za tym gruchaniem czy w środku gruchania, czy jak tam powiedzieć, słyszałem głos Jonatana. Tylko że brzmiał inaczej. Było tak, jakby jakieś szepty przenikały całą kuchnię. Wszystko prawie jak w jakiejś historii o duchach i może ktoś mógłby się wystraszyć, ale ja się nie wystraszyłem.
2. Agnieszka Lingas-Łoniewska: Zakład o miłość
Chciałam czegoś lekkiego i dokładnie to dostałam. Cóż, nie chcę się czepiać, ale poza miłą i niewymagającą lekturą nie znalazłam w książce nic więcej. A fabuła że się przyczepię miała schemat typowego harlekina, wzbogaconego może o kilka sensownych elementów.
3. Grażyna Szapołowska: Zapomniałam o Tobie
Sama książka: cóż, czytało się ją miło, zwłaszcza listy Janusza, pisane pięknym, kwiecistym językiem. Gorzej, kiedy pomyślisz, że to wyrażona w listach historia miłości mężczyzny do kobiety, która raz daje mu nadzieję a raz totalnie go odtrąca, milknie na długie miesiące, by znów się odezwać. Za to zostawiam Was z pięknym cytatem:
Bo zdaję sobie sprawę, że moje marzenia mają gliniane nogi. Bo przecież zaledwie przez dwie godziny siedzieliśmy naprzeciw siebie, jeden raz zatańczyliśmy… Bo „nic nas jeszcze nie złączyło, a już wszystko poza nami…". Ale ja wierzę w cud. Tak jak wierzyłem w niego na polskiej granicy, zaglądając do wszystkich aut: miałem nadzieję, że zobaczę Cię, że będziesz tam gdzieś, w drodze nie wiadomo dokąd… Tak usilnie pragnąłem Cię zobaczyć, że gdyby to się stało, nie byłbym nawet zdziwiony. Oszalałem, wiem. Do tego jeszcze zanudzam Cię. Co za tupet i bezczelność z mojej strony pisać do Ciebie, nie wiedząc, czy sobie tego życzysz. Już kończę. I przepraszam. Jeszcze tylko posyłam Ci jedną serdeczną najserdeczniejszą myśl, uśmiecham się do Ciebie w wyobraźni i odjeżdżam. Tylko dlaczego idziesz za mną krok w krok?
4. Isaac Bashevis Singer: Niewolnik
Pierwsze moje zetknięcie z książkami Singera, zapewne nie ostatnie. W ostatnim czasie zakochuję się w literaturze żydowskiej, co tu dużo mówić, fascynuje mnie ta kultura. Historia opisana w książce jest dla mnie zwyczajnie piękna a i na dokładkę pięknie napisana. Polecam.
A teraz się przyznam, jakie mam plany czytelnicze na luty:
*skończyć książkę Siddhartha Mukherjee: Cesarz wszech chorób. Biografia raka- która wciąga jak dobry kryminał i nie pozwala się oderwać, autentycznie fascynuje na całego
*skończyć książkę Miłosza Brzezińskiego: Głaskologia. Jak pozytywnie wpływać na innych i zwiększać przy tym swoją satysfakcję. Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji. - ta książka chyba doczeka się osobnej recenzji na moim blogu, co jest o tyle nietypowe, że byłam bardzo sceptycznie do niej nastawiona
*przeczytać: Sue Monk Kidd: Opactwo świętego grzechu, Catherine Ryan Hyde: Nie pozwól mi odejść, Tadeusz Konwicki: Sennik współczesny (ostatnią pozycję jeśli się uda;)


